Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 marca 2018

"Sprawa Chrystusa" - Najważniejsze dziennikarskie śledztwo w historii.




       Znakomita książka dla ludzi o otwartych umysłach, poszukujących prawdy i nie bojących się zmiany utartych przekonań. Gorąco polecam!

          Są na świecie ludzie, którzy twierdzą, że Boga nie ma. Zazwyczaj są bardzo śmiali w swoich twierdzeniach, ale brakuje im konkretnych dowodów na potwierdzenie swoich przekonań.

        Jeden z amerykańskich dziennikarzy śledczych, Lee Strobel, zirytowany głęboką wiarą i żarliwością swojej żony Leslie postanowił udowodnić, że Bóg nie istnieje. Do wiary chrześcijańskiej żywił tak wielką odrazę, że na szali postawił nawet własne małżeństwo.

piątek, 5 lutego 2016

Jak w praktyce zdać się na Boga








          Jako chrześcijanie, zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo ważne jest zbudowanie osobistej relacji z Jezusem oraz zawierzenie Mu, z całkowitym zaufaniem, naszego życia. W rzeczywistości jednak trudno nam to osiągnąć. Nasze codzienne obowiązki, problemy, troski sprawiają, że oddalamy się od tego ideału. Staramy się ułożyć sobie życie „po naszemu”, według naszych wizji, pragnień, mniej lub bardziej uświadomionych potrzeb. Często w naszym codziennym życiu zachowujemy się jak rozkapryszone nastolatki, jesteśmy gotowi chwalić Boga i być Mu wdzięcznym, jeśli wszystko układa się po naszej myśli. Natomiast w chwilach doświadczeń, trudności i problemów jesteśmy skłonni tracić wiarę i zaufanie, oskarżając Boga o brak miłości, empatii, miłosierdzia.

Jak w takim razie zdać się na Boga, pomimo tego, że życie nie układa mi się tak, jak ja bym tego chciał.

wtorek, 8 grudnia 2015

Błogosławiona "Godzina Łaski" - Nowe tchnienie życia








8 grudnia, zamglona i zimna Warszawa. Ostatnią rzeczą na którą człowiek ma ochotę, to wyjść z domu i zrobić sobie porządny spacer. Toczyła się we mnie wewnętrzna walka, która była polem bitwy dla walczących ze sobą sił dobra i zła. Z jednej strony ten wyjątkowy dzień i obiecana przez Maryję „Godzina Łaski”, z wszelkimi błogosławieństwami z niej płynącymi a z drugiej strony perspektywa spotkania się z lodowatą i mglistą aurą, która spowija miasto. Myśl „przewrotna”: przecież Maryja powiedziała, iż można również tą godzinę przeżyć w domu, w ciepłym przytulnym gniazdku, wystarczy się modlić… Kilka chwil wahań i wewnętrznego dialogu, argumenty za i przeciw i wreszcie pierwsza łaska… Decyzja podjęta, idę przeżyć tą Godzinę z innymi, przed Najświętszym Sakramentem, przecież od kilku dni na tę chwilę czekałem, tym bardziej, że sporo spraw muszę zanieść Bogu przez wstawiennictwo Maryi.

Szybko przekonałem się, że była to właściwa decyzja. Kościół wypełniony po brzegi nie tylko seniorami ale również młodymi ludźmi, chociaż pora dnia wskazywała na to, że powinni być o tej „Godzinie” w szkole lub pracy. Patrząc na tych ludzi, pochylonych i skupionych na modlitwie wyobraziłem sobie jak wiele przeróżnych historii życia zebrało się w tym miejscu i o tej godzinie, historii pełnych cierpienia, bólu, samotności, odrzucenia, troski o najbliższych… Spotkały się tu własne porażki i lęki, serca skołatane zmartwieniami, niepewnością przed jutrem, bezsilnością wobec przeżywanej rzeczywistości…

niedziela, 6 września 2015

Liturgia Kościoła ubogich






               Kiedy Jezus przyszedł na ziemię, nie wybrał drogi dyplomatycznej. Nie powiadomił o swoim przybyciu „wielkich” tego świata, nie uprzedził możnych, nie dał znać kapłanom. Pominął hierarchię i instytucję religijną, nie zwołał konferencji prasowej. Być może zdawał sobie sprawę, że ci wszyscy tak bardzo zamknięci są w swoich pewnikach i przekonaniach, że przeszliby obojętnie wobec tego wydarzenia, a co gorsze zgasili ducha zbawczego.

           A przecież Jezus bardzo chciał, aby o tym wiedziano. Ktoś miał prawo dowiedzieć się jako pierwszy. Posłał więc swoich wysłanników do pasterzy, którzy koczowali na polu strzegąc stada. W ówczesnym rozumowaniu pasterze byli tymi, którzy na marginesie społeczeństwa, na marginesie religii. „Ludzie pobożni” faryzeusze, ówczesne duchowieństwo, patrzyli na nich krzywo, uważano ich za mało wykształconych, a więc nie znających Prawa. Nie znali Prawa, nie żyli Prawem więc automatycznie skazani byli na potępienie. Tak rozumowała elita religijna…

niedziela, 16 sierpnia 2015

Pokój serca





Jak osiągnąć pokój serca i ducha w codzienności.

„Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu.” Mk 6,30-31

To, co najbardziej uderza w postawie Jezusa, to ogromna delikatność, troska i uwaga poświęcona każdemu napotkanemu człowiekowi. Jezus potrafił dostrzec z ogromną precyzją każdą potrzebę człowieka, zarówno potrzebę wielką i ważną dotyczącą jego zbawienia ale również te potrzeby „małe”, codzienne, prozaiczne… Jezus wiedział, że do szczęścia nie potrzebne są pieniądze, zaszczyty, władza ale pokój serca. To właśnie starał się ofiarować każdemu napotkanemu człowiekowi.

Posyłając swoich apostołów z misją głoszenia i składania świadectwa Ewangelii, Jezus zdawał sobie sprawę, że nie będzie to dla nich łatwe zadanie. Musieli pójść do świata „wrogiego”, gdzie z pewnością spotkali się z odrzuceniem, krytyką i obojętnością. Prócz sukcesów, które osiągnęli dzięki swojej wierze i mocy Chrystusa, która im towarzyszyła, spotkali również trudności, przeciwności i wrogość ze strony ówczesnych religijnych przywódców narodu. Prócz radości czerpanej z dokonanych dzieł w imię Jezusa, towarzyszyło im zmęczenie, obawy i zwykły ludzki lęk prze tym czy sobie poradzą, czy znajdą otwarte serca na ich słowa, czy nie ściągną na siebie gniewu ze strony instytucji religijnej wrogo nastawionej do Jezusa… Pokój serca w tej misji był najważniejszy.

piątek, 14 sierpnia 2015

Tęsknota za miłością





        Kiedy powodem naszego działania jest samotność, nasze czyny łatwo stają się gwałtowne. Tragedią jest to, że tak wiele przemocy rodzi się z potrzeby miłości. Kiedy samotność napędza nasze poszukiwanie miłości, pocałunki łatwo prowadzą do ugryzień, pieszczoty do uderzeń, czułe spojrzenia do spojrzeń pełnych podejrzliwości, słuchanie do podsłuchiwania, a uległość do gwałtu.

             Ludzkie serce tęskni za miłością: za miłością bezwarunkową, absolutną, za miłością bez granic. Żadna ludzka istota nie jest jednak zdolna do tego, by dać nam taką miłość, a za każdym razem, gdy takiej miłości oczekujemy, znajdujemy się na drodze prowadzącej ku przemocy.

           Jak zatem wyrzec się przemocy w swoim życiu? Trzeba zacząć od tego, że zdamy sobie sprawę z faktu, iż nasze niespokojne serca, tęskniące za miłością doskonałą, mogą odnaleźć tę miłość jedynie poprzez komunię z Tym, który je stworzył.

                                                     
                                                                            Henri J.M. Nouwen 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Wdzięczność






Łatwo jest być wdzięcznym za dobre rzeczy, które przydarzają się nam w życiu, ale wdzięczność za całe życie – za to, co w nim dobre, i za to co w nim złe, za chwile radości i za chwile smutku, za sukcesy i za porażki, za nagrody i za momenty odrzucenia – wymaga ogromnej pracy duchowej.

A jednak tylko wtedy okazujemy prawdziwą wdzięczność, kiedy potrafimy powiedzieć „dziękuję” temu wszystkiemu, co przywiodło nas do chwili obecnej. Tak długo, jak długo oddzielamy w swoim życiu wydarzenia i ludzi, których chcielibyśmy pamiętać, od tych wydarzeń i tych ludzi, o których raczej wolelibyśmy zapomnieć, nie możemy twierdzić, że jesteśmy wdzięczni Bogu za dar całego swojego życia.

Nie lękajmy się patrzeć na to wszystko, co przywiodło nas do miejsca, w którym aktualnie jesteśmy, i ufajmy, że wkrótce dostrzeżemy w tym rękę kochającego Boga.


Henri J.M. Nouwen

wtorek, 19 maja 2015

Zmień nieustanne myślenie w nieustanną modlitwę.





Myśli towarzyszą nam nieustannie. Często są one bardzo subiektywne i wypływają z naszych życiowych doświadczeń, zranień, schematów, których zostaliśmy nauczeni przez nasze środowisko. Potrafią one być pełne optymizmu i radości, ale również mogą stać się przyczyną destrukcji, smutku i utraty sensu życia.

Chwałą Boga jest człowiek szczęśliwy, niestety to szczęście często odbieramy sobie sami poprzez negatywne i katastroficzne myślenie, a ono nie jest już dziełem i wolą naszego Stwórcy.

Nadzieję wlewają słowa duchowego przewodnika Henriego Nouwena:

„Nasz umysł jest zawsze aktywny. Analizujemy, podejmujemy refleksję, marzymy bądź śnimy. Nie ma takiej chwili w ciągu dnia lub nocy, w której nie myślimy. Można powiedzieć, że nasze myślenie jest nieustanne.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Modlitwa życiem









                 Istnieje wiele form modlitwy, które z pewnością bardzo bliskie są Bogu. Osobiście bardzo lubię modlitwę dziękczynienia, modlitwę wstawienniczą, modlitwę uwielbienia. Modlitwy te wypływają z określonych potrzeb lub stanów ducha. Jednak głęboką formą modlitwy, która najbardziej pozwala mi zbliżyć się do Boga jest „modlitwa życiem”. Czym ona rożni się od innych form? Dla mnie osobiście jest ona wyjątkowym spotkaniem z Bogiem, gdzie staram się stanąć przed moim Stwórcą w absolutnej prawdzie. Przedstawiam Bogu siebie takim jakim jestem w danej chwili, z moimi uczuciami, emocjami, radościami, smutkami. Mówię Bogu o swoich błędach, trudnościach ale również o radościach i wszystkim tym, co dziś udało mi się osiągnąć. Mówię Mu o ludziach, których spotkałem, o otrzymanym uśmiechu i dobrym słowie, ale również o relacjach trudnych, gdzie na wierzch wypłynęła oliwa złości, gniewu, zazdrości, cynizmu, poczucia wyższości; gdzie pojawił się osąd, krytyka, obmowa…

piątek, 17 kwietnia 2015

Spotkać samego siebie.







            Brak autentycznego poznania siebie samego, z zarówno swoimi jasnymi jak i ciemnymi stronami sprawia, że zaczynamy tracić kontakt z samymi sobą, z Bogiem i innymi ludźmi. Zaczynamy obwiniać Boga i innych za to co nam się przydarza, za to jak się czujemy, za nasze nieudane relacje z innymi.
            Poznanie siebie w prawdzie i akceptacja siebie w taki sposób, w jaki akceptuje i kocha nas Bóg jest podstawą dojrzałości i zdrowego rozwoju osobistego.

            Współczesny przewodnik duchowy, o. Anselm Grün mówi:
         „Spotkanie z samym sobą to jedno z najważniejszych zadań dla ludzi podążających drogą duchową. Dla pierwszych mnichów warunkiem spotkania Boga było spotkanie samego siebie i poznanie własnego „ja”. „Jeśli chcesz poznać Boga, poznaj przedtem siebie.”

            Ten, kto nie poznaje siebie, przerzuca podświadomie na Boga swoje pragnienia, tęsknoty i wyparte potrzeby. Taki człowiek ubóstwia obrazy własnego „ja” i nie dotyka istoty prawdziwego Boga, który jest zupełnie inny.
Poznanie siebie uwalnia nas od własnych iluzji, a przez to ułatwia nam jasne i niewymuszone spojrzenie na inną rzeczywistość. Bóg przestaje być obrazem duszy, a staje się rzeczywistością, która wychodzi nam naprzeciw.



            Stara prawda głosi, że życie duchowe polega przede wszystkim na tym, żeby właściwie traktować namiętności duszy, uwolnić się od myśli, którymi rządzą emocje, i osiągnąć stan wewnętrznej wolności. Jednocześnie chodzi o to, aby nie oceniać uczuć, lecz po prostu dopuścić, aby istniały, i obserwować je. Należy nieustannie prowadzić dialog z własnymi uczuciami i namiętnościami, aby tkwiąca w nich pozytywna siła przynosiła owoce dla życia duchowego. Może ono kwitnąć jedynie wtedy, gdy obserwujemy uczucia i pozwalamy im istnieć…”

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozproszenia na modlitwie nie takie straszne.







Czyli jak nie być obłudnikiem na modlitwie.


                „Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swojej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który jest w ukryciu, odda tobie.”

                Wczoraj cała ekipą przyjaciół postanowiliśmy spędzić wieczór rozsądnie, czyli połączyć przyjemne z pożytecznym dla ducha i… poszliśmy do spowiedzi przedświątecznej. A że czasami lubimy sobie pomagać i wspierać się w naszej wierze rozmawialiśmy trochę o naszych najpowszedniejszych słabościach. (Oczywiście sprawy bardziej osobiste każdy zachowywał dla spowiednika i Boga.)

                Problem jaki najczęściej pojawiał się u nas wszystkich to kwestia rozproszeń na modlitwie.

                Często klękamy do modlitwy, bierzemy udział w Eucharystii ale tak naprawdę to tylko nasze ciało jest obecne w tych miejscach. Myśl ucieka do spraw codziennych, naszych trosk i problemów, relacji, kłopotów rodzinnych…
Czy coś da się z tym zrobić? Co bardziej zadufani w sobie powiedzą: trzeba walczyć z rozproszeniami...

wtorek, 31 marca 2015

Wiara w siebie







Wiara w siebie – Teraz jest twoje zmartwychwstanie

            Powoli przygotowujemy się do przeżycia największego wydarzenia w chrześcijańskim świecie, pamiątki zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zmartwychwstanie Jezusa jest nie tylko kulminacją dzieła zbawienia, które Bóg zapoczątkował wcieleniem swojego Syna. Jest nie tylko potężnym znakiem zwycięstwa nad grzechem, śmiercią i szatanem ale przede wszystkim jest zapowiedzią naszego zmartwychwstania, obiecanego nam przez Boga.

            Zmartwychwstanie Jezusa jest również Dobrą Nowiną o rzeczywistej obecności żywego i prawdziwego Boga pośród nas: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.” (Mt 28, 20)

Konkretne zapewnienie Jezusa. Nie jakieś tam słowa rzucone na wiatr, obietnice na życie wieczne, pobożne życzenia… Jasno wypowiedziana prawda: „będę z wami przez  wszystkie dni”. Czyli Jezus był ze mną wczoraj, jest dzisiaj i na pewno będzie jutro…

Jeżeli czasami nie dostrzegamy jego obecności, to nie dlatego, że Go nie ma ale dlatego że stworzyliśmy sobie w naszych umysłach scenariusz Jego obecności, nasze wyobrażenie, ideę. I jeśli to wyobrażenie nie pokrywa się z tym co przeżywamy pojawia się bunt, zwątpienie, brak wiary.

piątek, 27 lutego 2015

Miłość bliźniego – Szacunek warunkiem prawdziwej miłości drugiego człowieka.





           „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi”
                                                                                                           (1 J 4, 20).

            Jesteśmy chrześcijanami a tak trudno jest miłować drugiego człowieka. Trudno jest go szanować, ufać mu, z empatią wsłuchiwać się w Jego słowa. Trudno zrozumieć… W naszym postrzeganiu drugiego człowieka patrzymy często przez grube szkła nieufności, oceny, krytyki … Tymczasem, aby w swoim życiu móc odnaleźć Boga, trzeba na Niego popatrzeć przez drugiego człowieka. I podobnie, aby móc odkryć człowieka, zrozumieć go, uszanować, trzeba na niego popatrzeć przez pryzmat Boga i Bożej miłości do każdego człowieka.

            Musimy mieć to mocno zakodowane w naszych umysłach i naszych sercach. Każdy człowiek, pomimo swoich słabości, upadków, ograniczeń jest chciany i kochany przez Boga.

            Miłość do drugiego człowieka nie jest rzeczą łatwą, nie jest rzeczą spontaniczną, która rodzi się sama z siebie, nie jest też uczuciem, które pojawia się na życzenie gdyż stawia ona bardzo wysokie wymagania.  Miłość jest raczej decyzją, moim wyborem, że będę szanował i akceptował drugiego człowieka takim jakim jest, z jego słabościami, błędami, zranieniami, które dźwiga w swoim sercu.

środa, 25 lutego 2015

Zranienia z przeszłości. - Jezus leczy rany mojego serca.





            „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11:28-30)”

            Wszyscy jesteśmy w większym lub mniejszym stopniu zranieni. Rany otrzymujemy przez całe nasze życie, stają się one częścią nas, a co gorsze często staja się „układem sterowania” naszej egzystencji, relacji, pojmowania Boga i samego siebie. Tylko, jeśli będę w stanie dostrzec swoje zranienia, będę w stanie zaakceptować siebie takim jakim jestem oraz zaakceptuję zranienia drugiego człowieka.

            Jeżeli nie zgadzam się zajrzeć w głąb swojej duszy by zobaczyć całą tę mozaikę przeciwstawnych osobowości zamieszkujących moje wnętrze, ponoszę ryzyko, że drugiemu człowiekowi przykleję jakąś etykietkę, będę osądzał, krytykował, a nawet wypowiem to nieszczęsne zdanie: „Nigdy nie potrafiłbym zrobić tego co ty!” – Totalna bzdura, sami znamy siebie tak słabo, że w żadnym wypadku nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co bym zrobił w określonej sytuacji. Iluzją jest myślenie, iż w 100% procentach kieruję swoim życiem, emocjami, zachowaniami…

            Jeżeli zaakceptuje swoje zranienia, będę w stanie odkryć w swojej duszy Boże dziecko, poranione, wycofane i przysłonięte okaleczoną psychiką, ale również, za poranioną osobowością i życiem drugiego człowieka, będę w stanie ujrzeć jego prawdziwą naturę, czyli to co w drugim człowieku jest piękne i dobre.

wtorek, 24 lutego 2015

Nawrócenie – Czyli jak odnaleźć Boga w moim życiu.





            Dlaczego czasami tak trudno nam jest nawiązać bliską relację z Bogiem, uznać Go za Ojca, bliskiego przyjaciela, przewodnika przez życie, punkt odniesienia we wszystkim kim jestem, co robię, czym żyję.  Skąd bierze się strach przed Bogiem, nieufność lub obojętność. Co sprawia, że uważam Go za odległego, surowego niedostępnego. Dlaczego tak trudno jest mi autentycznie odnaleźć Boga w moim życiu?

            Problem polega na tym, że bardzo często wyobrażamy sobie Boga na podobieństwo ludzi, z którymi mieliśmy pierwsze kontakty. Dziecko, które nie posiada jeszcze dojrzałej wiary, przenosi na Boga obraz swojej matki lub ojca, swoich bliskich, swoich pierwszych nauczycieli.

            Bóg mówi do Jezusa: „Tyś jest mój Syn umiłowany” (Mk. 1, 11). Te słowa Jezus przyjął jako głęboką prawdę o swojej istocie. Siłą, która prowadziła Jezusa była świadomość ogromnej i bezwarunkowej miłości Boga do człowieka. W Jezusie, Bóg w sposób absolutnie nowy ukazał swoje oblicze kochającego Ojca. Taka jest właśnie dobra nowina, której przekazanie człowiekowi stało się misją Jezusa.

            Problem polega na tym, że słowo „ojciec” jest prawie zawsze projekcją tego, co wiemy o własnym ojcu lub matce. Stąd często nasza reakcja na Boga, jest reakcją zranionego dziecka, buntującego się, które przekonane jest, że nikt nigdy się nim nie zainteresuje ponieważ nie jest tego warte. Nie jest w stanie wyobrazić sobie, czym może być swobodny, żywy, ciepły, autentyczny i bezinteresowny kontakt z ojcem lub matką. Ten sam schemat myślowy przerzuca na Boga.

            Ktoś z nas może posiadał ojca despotycznego. Nie wie zatem czym jest wolność dziecka Bożego, nie wie w jaki sposób wolność tą umieścić na swojej skali. Najdrobniejszy odruch wydaje mu się wykroczeniem i natychmiast wzbudzane jest poczucie winy. Żyje w fałszywym posłuszeństwie wobec prawa Bożego, które nigdy nie zostało przyjęte w sercu. Bóg staje się zagrożeniem wolności i niezależności.

            Być może w naszym dzieciństwie doświadczyliśmy tylko miłości warunkowej. Byliśmy kochani tylko wtedy, kiedy odpowiadaliśmy na modelowi stworzonemu przez innych. Trudno nam jest wówczas wyobrazić sobie, że możemy być kochani bezinteresownie, tylko dlatego, że jesteśmy. Istnieje w nas przekonanie, że na miłość musimy sobie zasłużyć.

            Uzdrowienie, chociaż może być bolesne, zakłada powrót do czasów dzieciństwa i uświadomienie sobie sposobu, w jaki mogło dojść do zranienia. Dopiero wówczas będzie możliwe uznanie, że Bóg jest kimś innym niż nasz ojciec czy matka. Będziemy w stanie odrzucić fałszywe obrazy Boga i przekonania na Jego temat.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Wielki Post - Człowieczeństwo Jezusa drogą mojego człowieczeństwa.

      



        
              Powszechnie używamy dzisiaj w porozumiewaniu się z innymi ludźmi tzw. "drogi elektronicznej”. Piszemy e-maile, porozumiewamy się przez Facebook, piszemy sms do naszych bliskich, znajomych, przyjaciół. – Czy nie zdarzyło nam się napytać sobie nieraz biedy i kłopotów przez taką właśnie formę porozumiewania się?

                Osobiście kilkakrotnie maiłem takie sytuacje. Przyczyna tego jest prosta. Ci, którzy otrzymują ode mnie wiadomość „elektroniczną”, po pierwsze nie widzą mnie, nie widzą wyrazu mojej twarzy, nie słyszą tonu mojego głosu – czyli po swojemu interpretują moje słowa. Stwarzają sobie mój wizerunek, moją postawę na bazie suchego przekazu wiadomości, która ode mnie otrzymali.

                Kilka razy zdarzyło się, że wysłany przeze mnie sms lub wiadomość na facebooku były żartobliwe, chciałem kogoś rozbawić, rozśmieszyć a może nieraz z żartem sprowokować, ale moja wiadomość została odebrana zupełnie inaczej. Adresat wiadomości nie zobaczył mojego mrugnięcia oka, nie zobaczył lekkiego uśmiechu na twarzy i humorystyczną wiadomość potraktował bardzo poważnie, poczuł się urażony a być może nawet zraniony. Innym razem chciałem zwrócić komuś na coś uwagę, wyrazić moją opinię na temat jego zachowania, ale uczyniłem to w pospiechu, wysyłając krótką, szybką wiadomość. Przesłanie pozbawione uśmiechu i ciepłego tonu głosu, które tak naprawdę wyrażało troskę z mojej strony, dobra przyjacielską radę zostało odebrane jako krytyka, wywyższanie się , pretensjonalność.

                Brak osobistego kontaktu z drugim człowiekiem powoduje, że możemy się wyminąć w tym co myślimy, czujemy, przeżywamy.

                Dlaczego o tym mówię?!

W przeżywaniu naszej relacji z Bogiem możemy wpaść w pułapkę „powierzchowności”, pewnego rodzaju próżni, formalizmu. – Zatrzymujemy się na treści przekazu Ewangelicznego, mniej lub bardziej znamy interpretację poszczególnych fragmentów Ewangelii, z intelektualnego punktu widzenia rozumiemy przesłanie pozostawione w nauczaniu Jezusa na temat Boga, wiary, miłości bliźniego... Ale czy to ma naprawdę wpływ na moje życie, czy ta wiedza ma moc przemieniania mojego serca, myśli, uczuć, pragnień a co za tym idzie wyborów, decyzji i działań jakie podejmujemy w życiu?

sobota, 21 lutego 2015

Rekolekcje Wielkopostne - "Nowe życie"







Dzień 1: Powtarzamy to, co już przeżyliśmy. Bądź błogosławiony!

Przyjacielu, czy zdarza ci się pomyśleć, że Bóg cię kocha i ci błogosławi?

Przypomnij sobie, że w Księdze Rodzaju Bóg obdarowuje człowieka i czyni to w nieskończoność: "Idźcie i rozmnażajcie się", "Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania". Z rodzicielskiej troski nakazuje nie spożywać owoców drzewa poznania dobra i zła, ponieważ konsekwencje tego czynu byłyby dla człowieka szkodliwe. Bóg wie, że człowiekowi brakuje miłości i mądrości potrzebnej do przyswojenia i użycia tej wiedzy.

Jednakże człowiek nie rozumie troski Ojca i ustępuje złej i oskarżycielskiej logice węża. My dzisiaj postępujemy podobnie. Nasze wzajemne stosunki częściej rządzą się kłótniami, krytyką, osądem, potępianiem innych, zamiast błogosławieństwem, tolerancją, otwartością serca.

Bóg kocha cię i błogosławi ci niezależnie od tego, jaki teraz jesteś, jakie masz za sobą przeżycia, jakich dokonałeś uczynków czy też jaki masz obraz własnej osoby. Bóg kocha cię nie dlatego, że na to zasługujesz, ale dlatego, że jesteś Jego dzieckiem, że ty – to właśnie ty

środa, 18 lutego 2015

Nawrócenie – Powrót do swojego serca.








            Środa Popielcowa rozpoczyna w Kościele Katolickim czas Wielkiego Postu. Czas wyjątkowy, trudny, błogosławiony… Przeżyty w skupieniu i dyspozycyjności do spotkania się z Bogiem i sobą samym, może stać się świętym czasem w twoim i moim życiu. W codziennym zabieganiu, wśród tysięcy rzeczy do zrobienia, pośród zmartwień, problemów, obowiązków, brakuje czasu na spotkanie się głównie z samym sobą. Ważne ale kruche sprawy życia codziennego tak nas absorbują, że czasami tracimy poczucie po co i dla kogo to robimy. Biegamy w poszukiwaniu szczęścia, spełnienia, samorealizacji ale często odnajdujemy pustkę, rozczarowanie i zagubienie. Dotyczy to zarówno sfery zawodowej, relacji z ludźmi jak i rozumienia samego siebie.

niedziela, 14 grudnia 2014

I co z tą wiarą? - Logika Krzyża

             Jednym z fałszywych i do dziś mocno i negatywnie wpływającym na wiarę obrazem Boga jest pojęcie Boga, który chciał śmierci Jezusa aby odkupić nasze grzechy. Fałszywe pojęcie na temat krzyża, woli Bożej, pokuty, zadośćuczynienia, pociąga totalne zamieszanie w wielu dziedzinach. Rozumienia Boga, jako tego, który posyła Swojego syna na śmierć, aby zapewnić nam zbawienie to nic innego jak hołdowanie idei ofiar z ludzi, zrównanie religii chrześcijańskiej z pogańskimi wierzeniami np. Czarnej Afryki, gdzie składano ofiary z ludzi na przebłaganie jakiegoś bóstwa za popełnione złe czyny jednostki lub grupy.

                Logika Krzyża Jezusa ma zupełnie inny wymiar. Wolą Boga, którą Jezus przyjął całą swoją istotą, uczynił swoim największym pragnieniem i wypełnił ją do końca, było nie to, aby Jezus był prześladowany, torturowany i ukrzyżowany, ale aby wypełnił misję przekazania człowiekowi woli Boga względem człowieka. Jezus przyjął ludzką naturę, aby ukazać prawdziwe oblicze Stwórcy, jako kochającego bezwarunkowo Ojca, miłosiernego i poszukującego nieustannie człowieka w jego zagubieniu, grzeszności i słabości ludzkiej natury.

                W żadnym momencie swojego życia Jezus nie szukał cierpienia, bólu, śmierci. Wręcz przeciwnie, modląc się przed swoją męką i śmiercią mówił do Ojca: „Ojcze, jeśli chcesz, odsuń ode mnie ten kielich. Ale niech się spełni nie moja wola, lecz Twoja". I ukazał Mu się anioł z nieba, aby Go umacniać. Popadłszy w agonię jeszcze żarliwiej się modlił. Jego pot stał się jak krople krwi spadające na ziemię.” (Łk 22. 42-44) – Jezus, wiedząc co go czeka odczuwał zwykły ludzki lęk, bał się tego cierpienia, ale do końca postanowił bronić prawdy, którą głosił. Miał możliwość wycofania się, uniknięcia męki i śmierci ale tego nie zrobił. Pozostał autentyczny, wiarygodny, wierny swojej misji do końca.

                Jak bardzo Jezus bał się nadchodzącej męki świadczy o tym krwawy pot. Medycyna zna takie przypadki. Fizjologiczne zjawisko krwawego potu wspominał już Arystoteles wymieniając je wśród kuriozów medycznych. W medycynie zjawisko to znane jest pod nazwą hematodrosis. Występuje ono w wypadkach, gdy do bardzo wielkiego lęku i cierpień posuniętych do ostatecznych granic dołączają się jeszcze nowe i organizm nie może już znieść bólu. W takich chwilach chory zazwyczaj traci świadomość. Podskórne naczyńka krwionośne pękają. Krew wydziela się razem z potem i to zazwyczaj na powierzchni całego ciała.

                Ktoś może zapytać dlaczego więc Bóg „nie chciał” wybawić Jezusa od tych cierpień? Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Jezus miał wolna wolę przyjąć lub odrzucić cierpienie ale wolna wolę mieli również ci, którzy Go na śmierć skazali. Wolną wolę miał Piłat, przywódcy religijni Izraela, lud, który krzyczał „ukrzyżuj go!”… Każda ingerencja Boga w tym momencie byłaby zaprzeczeniem ofiarowanej człowiekowi przez Boga wolnej woli i możliwości podejmowania decyzji.

                Często zarzucamy Bogu, że jest obojętny na ludzkie cierpienie. Używamy nawet tego argumentu jako dowód na nieistnienie Boga. Niejednokrotnie nieświadomie obwiniamy Boga za istniejące zło. Krąży w chrześcijaństwie idea Boga, który chce cierpienia, poświęcenia naszego życia, śmierci… Nic bardziej mylnego. Jezus na każdym kroku ze złem, cierpieniem a nawet śmiercią walczył, uzdrawiając, wypędzając złe duchy a nawet wskrzeszając zmarłych.

Cierpienie i zło stanowią część tego świata w którym żyjemy. Bóg nie chce ani jednego ani drugiego. Cierpienie jest nierozłącznie związane z kondycją ludzką ale nie jest ani dziełem ani wolą Boga. Może ono pochodzić od nas, od innych, od świata ale nigdy od Boga. W żadnym wypadku nie należy cierpienia szukać, jest ono złem. Należy chronić się przed bezużyteczny cierpieniem, aby nie stać się współwinnym ewentualnej autodestrukcji.

                Jezus był wrogiem zła i ludzkiego cierpienia. Na nikogo cierpienia nie zesłał ale również przed cierpieniem nie uciekł. Taka była logika Krzyża. – Jezus pokazał w jaki sposób krzyż z godnością przyjąć, pokazał jak cierpienie przyjąć kiedy jest ono nieuchronne.

                Bardzo dobrze logikę Krzyża opisuje w swojej książce „Droga wewnętrznego uzdrowienia” Simone Pacot. Często będę się do niej odwoływał, gdyż w sposób bardzo jasny i trzeźwy analizuje kwestie wiary chrześcijańskiej i ewangelizacji „serca” człowieka.

                Jezus przeżywał w pełni to, co miał przeżyć, głosił to co miał głosić, niczego nie łagodząc. Miłość i dobro spływały wszędzie tam, gdzie przechodził, Królestwo Boże spływało na każdego, kto się z Nim spotykał. Ale ataki faryzeuszy stawały się coraz bardziej gwałtowne, nauczanie Jezusa spotykało się z coraz to silniejszym oporem funkcjonującej struktury religijnej. Dopóki może ucieka przed prześladowaniami ale w pewnym momencie staje się to już niemożliwe. Proces i skazanie na śmierć stają się rzeczywistością. Jezus wolał tego uniknąć, nie nadstawiał głowy bezmyślnie ale misję swoją konsekwentnie wypełniał, stawił czoło sytuacji, doprowadził wszystko do końca. Nie wypiera się swojej nauki, na agresję nie odpowiada agresją, z podniesionym czołem staje naprzeciw swoich oprawców.

                Ks. Varillon napisał:

                „Posłuszeństwo Chrystusa wobec Ojca nie polega na wykonaniu jakiegoś rozkazu, jak nam się to kojarzy z wykonaniem rozkazu przełożonego. Nie można wyobrażać sobie Boga Ojca zwracającego się do Boga Syna: rozkazuję ci cierpieć i umrzeć w 33 roku życia. Gdyby chodziło o takie posłuszeństwo, zgodzilibyśmy się z wszystkimi kontestatorami, że trzeba je odrzucić.”

                Bóg jest z Jezusem, razem z nim walczy przeciw wszelkiej głupocie, nietolerancji, ambitnej i zaślepionej władzy. Wola Boża objawia się nie w fakcie męki i śmierci Jezusa ale w sposobie w jaki Jezus całe to wydarzenie przeżyje. Jezus przeżyje tą tragedię jako Syn Boży, ale nie oznacza to, że przejdzie przez nią jako „nadczłowiek”, wolny od ludzkich ograniczeń, od uczuć i emocji, które towarzyszyłyby każdemu człowiekowi w takim momencie.

                Jezus zachowuje się w obliczu cierpienia i śmierci jak istota ludzka, jest bezbronny, wrażliwy i zraniony. Przeżyje wielkie cierpienie fizyczne i duchowe, pozna co to zdrada, kłamstwo i samotność. Nie zostanie mu oszczędzone poczucie utraty pewników i wstrząs psychiczny. Nie uniknie również wątpliwości wewnętrznych. Ale nigdy nie dopuści do siebie odruchu buntu, narzekania, zwątpienia w swoją zbawczą misję. Umrze jako Syn Boży, skoncentrowany na swoim Ojcu, przebaczający nawet swoim oprawcom. Nie cierpi w żalu, zgryzocie, zgorzknieniu. Nawet w momencie śmierci myśli o innych: o swoich uczniach, Matce, złoczyńcy, który umiera obok Niego na krzyżu.

                Jezus uczy nas, jak przeżywać coś, co zostało nam narzucone, czego w żadnym wypadku sobie nie życzyliśmy. Wskazuje jak „nieść” swój krzyż zamiast go „znosić”. Jak podnieść soje nosze (J 5,8) zamiast na nich leżeć, jak nie zamykać się w jakiejś sytuacji, nadać sens wydarzeniu, które go nie ma, jak odnaleźć się w życiu.

                Taka jest logika Krzyża, logika miłości bezwarunkowej Boga do człowieka, tylko przez tak pojęty krzyż Jezus nas zbawia. To miłość do człowieka Go tam zaprowadziła. Krzyż przyjęty dobrowolnie i świadomie z miłości do każdego, bez wyjątku istnienia ludzkiego.
Jezus zbawia człowieka całym swoim życiem: narodzinami, codziennością w Nazarecie, głoszonym słowem, pozostawionymi wskazówkami na drogę wiary, wrażliwością na ludzkie cierpienie, nieustanną walka ze złem pod każdą postacią, swoim skazaniem i śmiercią, swoim zmartwychwstaniem . Zbawia nas przez sposób w jaki przeżył i wypełnił swoje zadanie jako Syn Boży.

                Simon Pacot słusznie zauważa:

           „Wszelkie błędne sposoby rozumienia pojęcia odkupienia, ekspiacji mogą skierować nas ku samozniszczeniu. Są one tym bardziej niebezpieczne, że kryją się pod pozorami postawy, którą uważamy za mistyczną.”


                Logika Krzyża to logika miłości do końca a nie rytualne zabójstwo Boga-Człowieka z woli Jego Ojca.

piątek, 12 grudnia 2014

Wiara w Boga - czym to się je?

               
                W Kościele istnieje określenie "wierzący ale nie praktykujący." - Rzeczywiście istnieje dosyć duża grupa chrześcijan, którzy twierdzą, że w Boga wierzą ale z praktykowaniem nazwijmy to "obowiązków" związanych z wyznawaną religią są "na bakier". - Widać to chociażby w Kościele Katolickim w czasie niedzielnej Eucharystii.

                Jest również inne powiedzenie, nie mniej prawdziwe choć o znaczeniu dokładnie odwrotnym. A mianowicie: "Praktykujący ale nie wierzący."  Intuicyjnie wyczuwam, że tych ludzi jest o wiele więcej w naszych świątyniach. Duża część "wiernych" przychodzi z przyzwyczajenia, ponieważ "zawsze chodziło się do kościoła." 
                Inni czują się przymuszeni przez środowisko, w którym żyją (idą na nabożeństwo dla świętego spokoju).  Młodzież, pod pręgierzem przygotowania do przyjęcia sakramentów z dzienniczkami w reku również pojawia się na ustalonych spotkaniach w "obrębie murów kościelnych". Utarło się już powiedzenie, że Sakrament Bierzmowania jest oficjalnym pożegnaniem z Kościołem.

                Jest również potężna grupa "dobrych katolików", wiernie uczestniczących we wszystkich praktykach religijnych, szczerze "wierząca w Boga" i gotowa bronić Kościoła i jego Pasterzy za wszelką cenę, ale których życie codzienne, pełne obmów, złośliwości, zazdrości, krytykanctwa, zatwardziałości serca, jest anty-świadectwem przynależności do Jezusa.   

    
               Wierzyć w Boga a wierzyć Bogu robi wielką różnicę. W Boga wierzy nawet szatan...

               Wiara „ w Boga” może pozostawać tylko na płaszczyźnie teorii, obejmować tylko intelektu człowieka. Natomiast wiara „Bogu” obejmuje całą osobowość człowieka, rodzi się w sercu. Jest całkowitym zaufaniem Jezusowi i wiernym (choć czasami miernym) życiem Ewangelią.
 Wiara „Bogu” domaga się praktycznych decyzji życiowych. Nie wchodzi w kompromis ze złem, nie jest grą pozorów. Tu się nie da oszukać, robić coś na "pół gwizdka", być sobie tak "trochę" wierzącym.

                Dla lepszego zrozumienia tej sprawy może nam posłużyć następujące opowiadanie:

              „ Było to 30 czerwca 1858 r. Był piękny poranek. Potężne kaskady wodospadu Niagara grzmiały o skały. Nad rzeką od brzegu do brzegu została przeciągnięta lina. Po tej linie sławny akrobata Charles Blondin przeszedł na drugi brzeg. Okrzyki zachwytu zgromadzonych widzów przebiły się przez szum huczących wód.

               Obróciwszy się ku widzom akrobata rzucił następującą propozycję: Oto jestem gotów przenieść na swoich barkach inną osobę, z jednego brzegu na drugi, po rozciągniętej linie.

               Lecz kto ma być tą osobą? 

                Akrobata zwrócił się do jednego z mężczyzn szczególnie wiwatującego na jego cześć:

               - Czy pan wierzy, że mógłbym przenieść na drugi brzeg innego człowieka?
               - Oczywiście, wierzę - padła natychmiastowa odpowiedź.

                Zatem proszę wsiadać na moje ramiona, przeniosę pana - powiedział akrobata.

                O nie, wolę nie narażać swego życia - odparł zagadnięty i szybko stamtąd odszedł. 

               Wtedy do akrobaty podszedł mały chłopiec, wsiadł na jego ramiona i został przeniesiony na drugi brzeg. Wszyscy bili entuzjastyczne brawa. Zapytali chłopca, skąd wziął tyle odwagi, dlaczego się nie bał. Chłopiec wskazał na akrobatę i powiedział:, bo ten pan to mój tata.



               Na tym przykładzie widać wyraźnie, co to oznacza wierzyć w Boga a wierzyć Bogu. 
Czym innym jest wyznawać wiarę słowami, a czym innym podjąć ryzyko zaufania. 
Tylko taka wiara, która potrafi zdobyć się na ryzyko zaufania, w pełni podoba się Bogu i rzeczywiście przekształca życie człowieka.