Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2017

Ks. Jan Kaczkowski - Człowiek, który oswoił śmierć.


Uczył jak żyć i odnaleźć sens życia w zmiennych kolejach losu.


                „Niedawno zapytano mnie, skąd wziął się fenomen ks. Jana Kaczkowskiego. Pomyślałam wtedy, że być może z naszej tęsknoty za ludźmi, którzy żyją tak jak mówią.” – Mówi Joanna Podsadecka, autorka najnowszej książki o ks. Kaczkowskim „Sztuka czułości”.

                Ks. Jan Kaczkowski uczył przede wszystkim, jak odnaleźć się w przestrzeni osoby chorej, czasem nieuleczalnie, a gdy sam zachorował, pokazywał jak w tej rzeczywistości się odnalazł, uwiarygadniał to, o czym mówił wcześniej.

                Pomimo tego, iż miał słaby wzrok i od dziecka cierpiał na lewostronny niedowład, pokazywał ludziom zalęknionym, którym często brakuje odwagi do spełniania marzeń, co to znaczy żyć na pełnej petardzie – nie oszczędzając się i nie zapominając o realizowaniu swoich pasji.

sobota, 16 stycznia 2016

STOP prześladowaniom Chrześcijan!!!





          "Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność... Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować." - J 15:18,20

          Każdego dnia tysiące Chrześcijan jest prześladowanych, torturowanych i zabijanych za wiarę w Jezusa Chrystusa. Świat milczy wobec tej tragedii.
Jako portal www.life4jezus.blogspot.com zrobimy wszystko, aby piętnować wszelkie formy dyskryminacji Chrześcijan i każdym możliwym sposobem walczyć o ich prawa do Boga, wiary i życia.

Jeżeli bliskie są Ci sprawy prześladowania Chrześcijan wejdź tutaj:
https://www.facebook.com/Golgota-1044643618921126/

niedziela, 29 marca 2015

Logika krzyża

              




              Jednym z fałszywych i do dziś mocno i negatywnie wpływającym na wiarę obrazem Boga jest pojęcie Boga, który chciał śmierci Jezusa aby odkupić nasze grzechy. Fałszywe pojęcie na temat krzyża, woli Bożej, pokuty, zadośćuczynienia, pociąga totalne zamieszanie w wielu dziedzinach. Rozumienia Boga, jako tego, który posyła Swojego syna na śmierć, aby zapewnić nam zbawienie to nic innego jak hołdowanie idei ofiar z ludzi, zrównanie religii chrześcijańskiej z pogańskimi wierzeniami np. Czarnej Afryki, gdzie składano ofiary z ludzi na przebłaganie jakiegoś bóstwa za popełnione złe czyny jednostki lub grupy.

                Logika Krzyża Jezusa ma zupełnie inny wymiar. Wolą Boga, którą Jezus przyjął całą swoją istotą, uczynił swoim największym pragnieniem i wypełnił ją do końca, było nie to, aby Jezus był prześladowany, torturowany i ukrzyżowany, ale aby wypełnił misję przekazania człowiekowi woli Boga względem człowieka. Jezus przyjął ludzką naturę, aby ukazać prawdziwe oblicze Stwórcy, jako kochającego bezwarunkowo Ojca, miłosiernego i poszukującego nieustannie człowieka w jego zagubieniu, grzeszności i słabości ludzkiej natury.

niedziela, 28 grudnia 2014

Grzechy Kościoła i... moje!


15 grzechów Kurii Rzymskiej według Papieża Franciszka

Podczas przemówienia do przedstawicieli Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2014 roku, Papież Franciszek wskazał na 15 chorób grożących lub już trawiących od wewnątrz tą instytucję. Media kościelne praktycznie przemilczały to wydarzenie (poza wyjątkami), chociaż przemówienie Papieża powinno stać się przedmiotem głębokiej refleksji wielu wspólnot chrześcijańskich zarówno na poziomie Episkopatów, diecezji, parafii, zakonów i poszczególnych wspólnot łączących chrześcijan.

                Istnieje niebezpieczeństwo zagubienia tych słów Ojca Świętego jeśli uznamy je za skierowane tylko konkretnych instytucji kościelnych czy osób odpowiedzialnych za prowadzenie Kościoła na różnych szczeblach. Według powiedzenia: „jeśli coś jest wszystkich to jest niczyje”. Pojawić się może pokusa obarczenia odpowiedzialnością za Kościół tylko przedstawicieli hierarchii kościelnej, odpowiedzialnych za poszczególne wspólnoty, duchowieństwo. Faktem jest, że Pasterze kościoła w pierwszej kolejności powinni wziąć sobie do serca te słowa i uczynić z nich głęboki osobisty rachunek sumienia, rachunek zakończony nie tylko znakiem krzyża ale dokonaniem radykalnych zmian w swoim myśleniu i działaniu.

                Ale czy odpowiedzialność za Kościół jest zadaniem wyłącznie episkopatów, biskupów diecezjalnych, kapłanów, zakonników i liderów ruchów kościelnych? Jeżeli jestem chrześcijaninem, to również jestem częścią Kościoła i odpowiedzialność za jakość życia tego Kościoła jest w równym stopniu moim udziałem.

O. Grzegorzem Kramerem SJ, komentując słowa papieża napisał: «Słyszę dziś: "ale im Franciszek dokopał". Nie "im". Mi dokopał». Rachunek sumienia zaproponowany przedstawicielom Kurii Rzymskiej powinien stać się również moim osobistym rachunkiem sumienia.

Znieczulenie umysłowe i duchowe, rywalizacja i zarozumiałość, obmowa i plotki, pretensjonalizm i arogancja, pycha i chciwość, ubóstwianie szefów, obojętność wobec innych, obłuda, zgorzkniałość i brak poczucia humoru oraz egoistyczne pragnienia i działania o których mówi Papież Franciszek stanowią również w mniejszym lub większym stopniu część mojego codziennego życia.

                Papież Franciszek często zaskakuje i „skandalizuje” swoimi słowami i stylem życia, zwłaszcza pewne kręgi Kościoła, jest niewygodny, zmusza do wyjścia ze swojego komfortu, ale z doskonałą intuicją potrafi zauważyć zachowania odbiegające od nauczania Jezusa. Ewangelia powinna być codziennym drogowskazem każdego chrześcijanina, punktem odniesienia i weryfikacji siebie. Zanim krytyce poddamy Kościół należy wcześniej uczciwie, sprawiedliwie i z pokorą spojrzeć na siebie.

Rozwój osobisty i duchowy każdego człowieka możliwy jest tylko wtedy, gdy potrafimy ze szczerością i przejrzystością spojrzeć na swoje życie. Choroby, o których mówi Papież mogą do tykać każdego człowieka, bez względu na to, czy jest on chrześcijaninem czy też nie, ponieważ wymienione ułomności stanowią ciemną stronę natury ludzkiej i skażenia sfery psychicznej i duchowej każdego człowieka.

                Coś do medytacji przed Franciszkowym rachunkiem sumienia:

                „Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?» Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!».” (Ewangelia wg Św. Jana 8, 1-11)


1. Pierwszą z wymienionych przez Papieża chorób jest pokusa czucia się „nieśmiertelnym”, „odpornym”, „niezastąpionym”. W naszych wspólnotach, rodzinach, miejscach pracy, często spotkać można ludzi, którzy ze względu na powierzoną im odpowiedzialność, pozycję społeczną, czy też zajmowane stanowisko uważają się za posiadających monopol na wiedzę, umiejętności i słuszność w działaniu. Wydaje im się, że ich punkt myślenia, postrzegania i działania jest jedynym właściwym i niezawodnym. Wszystko pragną kontrolować, narzucać swoje racje, poprawiać po innych. Chore poczucie wyższości, ”wybraństwa” i „przełożeństwa” odbiera im zdolność zdrowej samokrytyki i samooceny. Racja zawsze musi być po ich stronie. Często tym postawą towarzyszy pretensjonalizm, arogancja i jawne lub ukryte formy agresji, wywierania nacisku, narzucania swojej woli, dominacja fizyczna lub psychiczna.
Takie instytucje, wspólnoty czy jednostki nie potrafią być elastyczne, dostosowywać się, rozwijać i ubogacać bogactwem innych. Są skostniałym tworem, zadufanym w sobie, hołdującym swojemu „ego”.

We wspólnotach kapłańskich, zakonnych, w grupach związanych z Kościołem ale też w środowisku zawodowym, różnego rodzaju instytucjach widać u niektórych osób tendencje do pokazywania innym „kto tu rządzi”. Czasami ukrywane jest to pod pozorami fałszywej pokory, troski o dobro innych, dobrego wykonywania powierzonych im obowiązków.
Każdy z nas powinien być wyczulony na takie postawy u siebie. Krytykanctwo, obmawianie, pouczanie i poprawianie innych, wszelkiego rodzaju próby podporządkowania sobie innych ludzi są sygnałem mojego „kompleksu wybranych” o którym mówi Papież.
Również w sytuacjach, kiedy w jakiś sposób jestem zależny od kogoś, może pojawiać się bunt, zazdrość, sprzeciw, sabotowanie ustalonych norm, krytykanctwo. To również są oznaki chorego „ego”, nadmiernych oczekiwań i pretensjonalizm. 
Papież zaleca osobom mającym wyżej wymienione skłonności, aby udać się na cmentarz i zobaczyć na nagrobkach imiona tych, którzy tam spoczywają, być może wielu z nich wydawało się również, że są „nieśmiertelni”, „odporni” i „niezastąpieni”.
Papież Franciszek mówi o „chorobie głupca” z Ewangelii, któremu wydawało się, że zawsze będzie żył (Łk 12, 13-21) i tych, którzy przekształcili się w „wielkich panów” i uważają się za wyżej postawionych niż wszyscy inni a nie za postawionych na służbie wszystkim. – Papież mówi: „To często wypływa z patologii władzy, z "kompleksu wybranych", z narcyzmu zafascynowanego własnym wyobrażeniem i nie dostrzegającego obrazu Boga odciśniętego na twarzy innych ludzi, zwłaszcza słabszych i bardziej potrzebujących. Antidotum na tę chorobę jest łaska poczucia się grzesznikiem i wyznania z całego serca: "Jesteśmy słudzy nieużyteczni. Zrobiliśmy to, co musieliśmy" (por. Łk 17,10).”
Wszystkie te postawy sprawiają, że stajemy się żałosnymi sługami własnych kompleksów i braku poczucia własnej wartości.

2. Następnie Papież sygnalizuje niebezpieczeństwo choroby „martializmu” (od ewangelicznej Marty), czyli zbytniego skoncentrowania swojej uwagi i wysiłków na pracy, przedsięwzięciach, podejmowanych działaniach, gdzie liczy się efekt, sukces, produkt. Nadmierny aktywizm może być efektem pustki duchowej, ucieczki od siebie, od relacji z ludźmi. W Kościele choroba ta dotyczy ludzi, którzy zanurzając się w pracy zaniedbują „lepszą część”, tzn. zajęcia miejsca u stóp Jezusa (Łk 10, 38-42). Franciszek przytacza przykład Jezusa, który wezwał swoich uczniów, aby „odpoczęli nieco” (Mk 6, 31), ponieważ zaniedbywanie koniecznego wypoczynku prowadzi do stresu i napięć wewnętrznych. . Czas odpoczynku dla tego, kto zakończył własną misję jest konieczny, obowiązkowy i powinien być brany na serio. Należy spędzić trochę czasu z rodziną, wykorzystać wolny czas na duchowe i fizyczne "doładowanie"; trzeba by nauczyć się tego, o czym poucza Kohelet, że "jest czas na każdą rzecz" (por. Koh 3,1-15).

Nadmierny aktywizm nie może być lekarstwem na brak spełnienia w swoim powołaniu, ucieczką od samotności czy realizowania swoich wygórowanych ambicji. W rodzinie, ucieczka w pracę jest sygnałem zagubienia w swojej roli małżonka, żony, ojca lub matki. We wspólnocie osób duchownych jest często oznaką duchowej pustki, braku spełnienia siebie w swoim powołaniu, ucieczką przed poczuciem samotności. Nie wspomnę już o poszukiwaniu swojej „chwały”, stawiając sobie pomniki z własnych osiągnięć, zrealizowanych dzieł, osiągniętych tytułów.
Jest czas na pracę, która pozwoli mi i moim bliskim żyć i funkcjonować ale konieczny jest również czas odpoczynku, zatrzymania się i refleksji nad swoim życiem. Budowanie głębokich i szczerych relacji z ludźmi, aktywny relaks, czas duchowego „ładowania akumlatorow” ze świadomością, że nie wszystko zależy ode mnie, że nie jestem niezastąpiony, że świat będzie dalej istniał nawet jak mnie zabraknie. Muszę mieć świadomość, że po mnie przyjdą inni i prawdopodobnie będą robić wszystko lepiej niż ja. Bez odpowiedniej równowagi w pracy, odpoczynku i duchowym rozwoju, szybko grozić mi może wypalenie, zgorzknienie, wygórowane oczekiwania wobec innych. Pycha, poczucie wyższości i samowystarczalności są również ubocznymi skutkami „martializmu”.


3. Choroba „zwapnienia” umysłowego i duchowego jest jednym z najcięższych grzechów Kościoła. Papież wielokrotnie już w swoich wystąpieniach zwracał na to uwagę. Zamknięcie się w swoim kręgu, brak otwartości na doświadczenia innych kultur i religii, odmiennej myśli i postrzegania świata. Pretensjonalne roszczenie sobie prawa do posiadania wyłącznej prawdy. Patrzenie na innych z pozycji „sprawiedliwego” i bezkrytyczne hołdowanie samemu sobie. Do tego dochodzi często arogancja i pretensjonalizm.
Papież Franciszek jasno określa, kogo dotyczy ta choroba: „Chodzi o tych, którzy mają serce z kamienia i są twardego karku (por. Dz 7,51-60), ci którzy po drodze stracili pogodę ducha, żywotność i rzutkość, i zasłaniając się papierami stali się "maszynami od procedur" a nie "ludźmi Boga" (Hbr 3,12). Utrata ludzkiej wrażliwości koniecznej do tego, by płakać z płaczącymi i radować się z radosnymi jest niezwykle niebezpieczna! To jest choroba tych, którzy tracą "dążenia Jezusa" (por. Flp 2,5-11) ponieważ ich serce, wraz z upływającym czasem, twardnieje i staje się niezdolne do bezwarunkowej miłości do Ojca i bliźniego (por. Mt 22,34-40). Bycie chrześcijaninem, tak naprawdę, oznacza "posiadanie tych samych dążeń, które miał  Jezus Chrystus, tzn. pokory i ofiarowania się, oderwania od siebie i hojności".

                Brak umiejętności dialogu, elastyczności, szacunku do odmiennego przeżywania relacji z Bogiem, jest częstym grzechem Kościoła i chrześcijan. Zaślepienie i skupienie na sobie nie pozwala niejednokrotnie dostrzegać uniwersalnych wartości wypływających z bogactwa odmiennych kultur i religii. Duchowe zamknięcie i „zacietrzewienie” sprawia, że człowiek myślący i wierzący w sposób odmienny od oficjalnego nauczania Kościoła zostaje odrzucany, spychany na margines, zredukowany do (jak to określił jeden z duchownych, publicystów na bardzo znanym portalu katolickim) „kasty grzeszników”. Język używany  przez niektórych przedstawicieli Kościoła, bywa czasami zdominowany przez pychę, arogancję i brak kultury osobistej. – Jest to antyświadectwo dawane Jezusowi, który nawet swoich wrogów potrafił traktować z szacunkiem i zachowaniem ich godności.

                Najważniejsze dla mnie pytanie: W jaki sposób ja przeżywam moją wiarę? Czy potrafię kochać Boga i bliźniego miłością bezwarunkową. Czy akceptuję drugiego człowieka z odmiennością jego myśli i poglądów. Czy potrafię odejść od osobistych pragnień, potrzeb i ambicji, aby zauważyć potrzeby bliźniego?

Ja również zagrożony jestem „zwapnieniem”, jeśli kurczowo będę się trzymał moich przekonań, uprzedzeń, utartych schematów.

4. Jako kolejną z chorób zagrażających strukturom kościelnym Papież wymienia tendencję do przesadnego planowania i funkcjonalizmu.

<<Kiedy apostoł planuje wszystko bardzo szczegółowo i wierzy, że przygotowując perfekcyjny plan sprawia, iż sprawy skutecznie posuwają się do przodu, staje się księgowym lub kupcem. Należy wszystko dobrze przygotowywać, ale nie ulegając pokusie wykluczenia i kontrolowania wolności Ducha Świętego, który zawsze jest większy, bardziej hojny niż wszelkie ludzkie planowanie (por. J 3,8). Wpada się w tę chorobę ponieważ "zawsze jest łatwiej i wygodniej dostosować się do własnych statycznych i niewzruszonych pozycji. W rzeczywistości Kościół okazuje się wiernym Duchowi Świętemu o ile nie próbuje go regulować i udomawiać… Udomowić Ducha Świętego (?!)… On jest świeżością, fantazją, nowością".>>

Pełne zaufanie Bogu i oddanie się powiewowi Ducha Świętego jest dla niektórych osób niebezpieczne i ryzykowne. Mając z góry ustalony plan działania, wizję, przygotowany schemat czujemy się bezpieczni, pewni siebie, posiadamy kontrolę. To daje nam poczucie władzy, panowania nad sytuacją oraz nie wymaga od nas nieustannej weryfikacji podejmowanych działań. Plan musi się zgadzać, litera prawa musi być przestrzegana, doktryna obroniona. - W tym wszystkim na drugi plan schodzi człowiek. Ważne żeby struktura działała. Człowiek jest zagrożeniem utartych schematów, pojęć i przekonań ponieważ niesie ze sobą coś nowego, nieznanego, wymagającego weryfikacji dotychczasowych norm. O wiele łatwiej jest sklasyfikować człowieka, zasłonić się przepisem prawa, ukryć się za zasłoną tradycji, dogmatów, paragrafów…

Nie pozostawia się miejsca działaniu Ducha Świętego i świeżości, którą On wnosi w zatęchłe i skostniałe schematy, oderwane od rzeczywistości i realnych problemów człowieka. – Przykładem może być postawa niektórych instytucji, wspólnot kościelnych czy poszczególnych liderów Kościołów lokalnych, którzy z rezerwą lub wręcz wrogością przyjmują proponowany przez Papieża Franciszka sposób przeżywania Kościoła. Dla wielu jest on niewygodny, narusza utarte schematy, prowokuje, zmusza do bycia autentycznym i wyjścia ze swojej wygody. W czasie swojej pielgrzymki do Turcji wypowiedział „skandaliczne” słowa w związku z kwestią jedności wszystkich chrześcijan: Papież wyraził przekonanie, że dialog z prawosławiem i innymi Kościołami chrześcijańskimi robi postępy, choć przyznał, że sceptycznie odnosi się do prac teologów. Franciszek zastrzegł bowiem: „Jeśli będziemy czekać na to, aż teolodzy się porozumieją, nigdy nie nadejdzie ten dzień”. Przytoczył też słowa prawosławnego patriarchy Atenagorasa sprzed pół wieku: “Wyślijmy teologów na wyspę, niech dyskutują, a my idźmy naprzód”.
Duch Święty tchnie kędy chce, na drodze staje mu człowiek ze swoją „mądrością”, wizją i gotowym planem działania.

5. Choroba złej koordynacji i współpracy to kolejne zagrożenie dla funkcjonowania struktur kościelnych wymienione przez Papieża Franciszka.
Członkowie struktur gubią wspólnotę między nimi i ciało traci swoją harmonijną funkcjonalność i opanowanie stając się fałszującą orkiestrą ponieważ jej członkowie nie współpracują i nie żyją w duchu wspólnoty i drużyny. Kiedy noga mówi do ramienia "nie potrzebuję ciebie", albo ręka do głowy "to ja tu rozkazuję", powodują rozgardiasz i skandal.
Brak jedności, zazdrość, duch rywalizacji, urazy i pretensje, dążenie do władzy i dominacji nad innymi, brak komunikacji i jednomyślności, wygórowane oczekiwania i pretensjonalizm, poczucie krzywdy i wzajemna niechęć, ogromny dystans pomiędzy przełożonymi i „podwładnymi” to tylko niektóre z hamulców blokujących rozwój wspólnot kościelnych, wywołujących, jak to mocno podkreśla Papież, zgorszenie i zamieszanie. Ludzkie ułomności biorą często górę nad dobrem Kościoła.

Pytanie: czy w moim życiu podobne postawy nie stanowią przeszkody w budowaniu zdrowych i konstruktywnych relacji? Na ile moja zazdrość, poczucie krzywdy, wygórowane ambicje, duma lub odwrotnie: poczucie wyższości, realizacja siebie, poczucie władzy i źle rozumianej odpowiedzialności rozbijają wspólnotę, rodzinę, relacje z innymi ludźmi. Kiedy nie pozwalam innym być sobą, nie daję im prawa do popełnienia błędu, nie słucham ich racji stanowię realne zagrożenie dla godności i rozwoju drugiego człowieka. Muszę pamiętać o tym, że również jestem tylko człowiekiem, mogę nie mieć racji, moje poglądy i przekonania mogą być błędne i destrukcyjne. Poczucia własnej wartości nie mogę budować kosztem innych, musze ją odnaleźć w sobie.


6. Bardzo trafnie Papież Franciszek wskazuje na kolejną z chorób zagrażających strukturom kościelnym. Nazywa ją „duchowym Alzhaimerem”.

„Można tu mówić o zapominaniu "historii Zbawienia", o zapominaniu osobistej historii z Panem, o zapominaniu "pierwszej miłości" (Ap 2,4). Chodzi o postępujący upadek zdolności duchowych, który w dłuższym lub krótszym przeciągu czasu powoduje ciężkie kalectwo osoby czyniąc ją niezdolną do samodzielnej działalności, sprawiając, że żyje ona w stanie absolutnej zależności od swoich często wyimaginowanych sposobów widzenia świata. Widzimy to w tych, którzy zapomnieli o ich spotkaniu z Panem, w tych, którzy nie potrafią powtórnie określić swojego życia, w tych, którzy zupełnie zależą od ich "teraz", od ich pasji, kaprysów i manii, w tych, którzy konstruują wokół siebie mury i zwyczaje stając się coraz bardziej niewolnikami bożków wyrzeźbionych przez ich własne ręce.”

Spojrzenie na świat i rzeczywistość przez pryzmat wyuczonych koncepcji i schematów pochodzących z przeszłości czasami bardzo odległej, nieumiejętność „inkulturacji” Ewangelii w realia współczesnego człowieka, niezrozumiały przekaz Słowa Bożego, nauczanie pomijające rzeczywistość, enigmatyczny język, utarte slogany i koncepty ideologiczne, brak otwartości i elastyczności a przede wszystkim stawianie litery prawa ponad człowieka. – To są częste zagubienia współczesnych ludzi Kościoła. Proste sprawy, codzienne problemy, dylematy i trudności, wątpliwości i pytania stawiane przez dzisiejszego człowieka zostają spychane na margines, klasyfikowane jako efekt grzesznej natury, skłonności do zła, lenistwa i kalectwa duchowego. Tymczasem prawda jest taka, iż ci, którzy prowadzić mają człowieka do Boga sami często nie posiadają wiarygodnych odpowiedzi na te wyzwania.

Sztywne skoncentrowanie się na utartych schematach myślowych i koncepcjach duchowości powoduje tworzenie sobie z nich bożków, hołdowanie im kosztem zagubienia realnego człowieka, narcystyczne samouwielbienie. Tworzy to często mur pomiędzy „człowiekiem Boga” a zwykłym człowiekiem borykającym się z codziennymi trudami życia.
Zagubione zostaje proste, szczere, pokorne spotkanie życia z Bogiem, którego efektem powinna być miłość, otwartość, empatia.

                Ten rodzaj choroby dotyczy również mojej osobistej „sztywności umysłowej i duchowej”, moje utarte schematy myślowe stanowią niejednokrotnie zabezpieczenie dla próżności, obojętności i powierzchowności duchowej. Bliskie spotkanie z Bogiem, który przenika swoim światłem każdy aspekt mojego człowieczeństwa staje dla mnie nie bezpieczne, ponieważ demaskuje słabości, lenistwo duchowe, powierzchowność relacji, moje pasje i egoistyczne tendencje. Takie spotkanie prowokuje do spojrzenia na siebie w prawdzie, odkrycie niechcianego „ja”, zburzenie wyidealizowanego obrazu samego siebie a to boli, wymaga nawrócenia, wysiłku…


7. Jako następną z chorób Papież wymienia chorobę „rywalizacji i próżnej chwały”.
 Ma ona miejsce wtedy, „gdy wygląd, kolory szat, honorowe insygnia stają się najważniejszym celem w życiu i zapomina się słowa św. Pawła: "nie róbcie niczego dla rywalizacji lub próżnej chwały, ale każdy z was, z całą pokorą, niech ma innych za wyżej stojących od siebie. Każdy niech stara się nie tylko o własne sprawy, ale także i te drugich" (por. Flp 2,1-4). Jest to choroba, która prowadzi nas do bycia ludźmi fałszywymi i do życia fałszywym "mistycyzmem" oraz fałszywym "kwietyzmem". Ten sam św. Paweł definiuje takich ludzi jako "nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego", ponieważ "przechwalają się tym, czego powinni się wstydzić i nie myślą o niczym inny jak o sprawach ziemskich" (Flp 3,19).”

Niestety jest to bardzo częsty grzech w środowisku Kościoła. Rywalizacja, aspiracje do zdobywania kolejnych szczebli hierarchii kościelnej, tytuły i stopnie naukowe, które są wyrazem próżnej chwały i rekompensaty za brak realizacji w innych dziedzinach życia. Różnego rodzaju „gadżety” w postaci kolorowych szat, pierścieni, łańcuchów i różnego rodzaju przywilejów z tym związanych często absorbują całkowicie umysły i serca ludzi Kościoła. Z tym przychodzi inne zło w postaci zazdrości, wzajemnej niechęci, wynoszenia się nad innych, pogardy, obojętności na realne potrzeby Kościoła. Brak przejrzystości, zakłamanie, narcyzm są również częstym efektem „ambicji hierarchicznej”, takie zagrożenie rodzi się już na najniższych poziomach życia wspólnotowego, parafialnego czy diecezjalnego. Zapomina się często, iż każda ofiarowana człowiekowi przez Kościół godność jest służbą i „wymazaniem” siebie a nie okazją do podnoszenia własnych standardów życia i budowania swojej próżnej chwały lub dominacji nad innymi.

Święty Paweł klasyfikuje ludzi, którzy jawnie lub w pragnieniach żywią takie aspiracje do zdobywania godności i tytułów jako „nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego”, gdyż te egoistyczne dążenia mijają się całkowicie z nauczaniem, pokorą i przykładem życia Jezusa. Są wyrazem próżności, wygórowanych ambicji, przeceniania siebie, pychy, pustki duchowej.
Moje życie czasami również nie jest wolne od podobnych dążeń i pragnień. Brak bliskiej i szczerej więzi z Bogiem, zdrowej samooceny, brak równowagi w życiu osobistym i duchowym, brak poczucia własnej wartości i powodowane tym zazdrości mogą prowadzić do nadmiernych oczekiwań i pretensjonalizmu. Kiedy nie odnajduję zadowolenia ze swojego życia, nie akceptuję siebie takim jakim jestem, mam w sobie poczucie bycia niedowartościowanym przez innych, mogą pojawiać się we mnie tendencje do realizowania siebie poprzez egoistyczne dążenia do osiągania coraz to wyższych pozycji w życiu wspólnotowym lub zawodowym, skupianie się na zdobywaniu tytułów i odpowiedzialnych funkcji, pogoń za pieniądzem i dobrami materialnymi. „Mieć” staje się ważniejsze niż „być”.

W codziennym życiu pojawiają się również małe formy rywalizacji i szukania swojej chwały. Szkoła, dom, praca są miejscami gdzie w różny sposób mogę okazywać takie postawy chwaląc się swoimi osiągnięciami, ukazując siebie w lepszym świetle, porównując siebie z innymi, poniżając, obmawiając, krytykując…

8. Następną chorobą zagrażającą strukturom kościelnym jest tendencja do „schizofrenii egzystencjalnej”. Jest to choroba tych, którzy, jak mówi Papież Franciszek, prowadza podwójne życie, owoc hipokryzji typowej dla kiepskiej i pogłębiającej się pustki duchowej, której stopnie i tytuły akademickie nie potrafią zaspokoić. Choroba ta często dotyka tych, którzy, porzucając służbę duszpasterską, ograniczają się do zadań biurokratycznych, tracąc w ten sposób kontakt z rzeczywistością, z konkretnymi osobami. Tworzą w ten sposób świat równoległy, gdzie odsuwają na bok to wszystko czego surowo nauczają innych i zaczynają żyć drugim ukrytym życiem, często rozwiązłym. Nawrócenie jest niezwykle pilnie potrzebne i konieczne w tej bardzo ciężkiej chorobie (por. Łk 15,11-32).

Niestety często instytucje kościelne, te na wyższych szczeblach jak również na poziomach parafii, bardziej przypominają biura obsługi klienta lub urzędy niż miejsce spotkania z człowiekiem i jego problemami. Ucieczka w biurokrację, administrację, zarzadzanie jest ucieczką od swojego prawdziwego powołania, od ofiarowania swojego czasu, obecności, zdolności dla drugiego człowieka, często zagubionego i poranionego w swoim życiu. Brak obecności w kancelarii parafialnej, sztywne godziny „dostępności” dla wiernych, zaniedbywanie posługi w konfesjonałach jest raną zadaną Kościołowi i wspólnocie wiernych.

Papież wyraźnie podkreśla, brak całkowitego oddania się wspólnocie i pracy duszpasterskiej wyjaławia to powołanie, powstaje pustka duchowa, która z kolei prowadzi do hipokryzji, obłudy i rozdwojenia w pomiędzy tym czego się naucza a życiem. Podwójne życie, poszukiwanie siebie, ucieczka w dobra materialne, szukanie siebie w karierze naukowej, bieganie za tytułami i zaszczytami, rozwiązłość, ekscytacja swoimi pasjami i zainteresowaniami są konsekwencją zaniedbania modlitwy, rozwoju duchowego i bliskiej jedności z Bogiem.  
W moim życiu również może dochodzić do zachwiania hierarchii wartości. Skupianie się na przyjemnościach, wartościach materialnych, rozrywce po jakimś czasie tworzy pustkę duchową, zagubienie, rozczarowanie sobą i światem. Relacje z ludźmi budowane powierzchownie, egoistycznie, oparte na poszukiwaniu i realizacji siebie prowadzą do poczucia samotności i wyobcowania. Hołdowanie swoim skłonnościom i pasjom prowadzi do pogłębiania braku poczucia własnej wartości, negacji siebie i swojego rzeczywistego świata. 

Brak rzeczywistego poznania siebie, refleksji nad sobą, weryfikacji swojego sposobu myślenia i działania sprawia, że zaczynam żyć w zupełnie nierealnym świecie pełnym  iluzji, powierzchowności i pseudowartości.


9. Choroba gadulstwa, szemrania i plotkarstwa, to kolejna z chorób przedstawicieli Kościoła, wymieniona przez Papieża Franciszka.
Papież mówi: „O tej chorobie już wiele razy mówiłem. Ale nigdy dość. To poważna choroba, która zaczyna się bardzo prosto, ot tak by tylko zamienić kilka słów, a potrafi posiąść człowieka robiąc z niego "siewcę chwastu" (jak szatan) i w wielu przypadkach "zabójcę z zimną krwią" dobrego imienia własnych kolegów i współbraci. Jest to choroba ludzi tchórzliwych, którzy nie mają odwagi, by mówić wprost i mówią za plecami. Św. Paweł upomina: "Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście byli  bez winy i czyści" (por. Flp 2,14-18). Bracia strzeżmy się terroryzmu plotkarstwa.”

W strukturach, gdzie brakuje głębokiej więzi z Jezusem, pojawiają się tendencje do karierowiczostwa, realizacji swoich ambicji, osiągnięcia wyższego statusu w hierarchii, poczucie „przełożeństwa” i „wybraństwa”. Pojawia się wraz z tym: zazdrość, zawiść, krytykanctwo, duma i bardzo często z tym związane poczucie krzywdy i odrzucenia. Pojawia się złość, cynizm, złośliwość a w parze z tymi uczuciami idą plotki, oszczerstwa, donosy,  ocenianie, klasyfikowanie, rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Często robione jest to w „białych rękawiczkach” pod pretekstem pomocy koledze, współbratu; troski o dobro parafii, realizacji dzieł, pełnionych funkcji. Zbyt wysokie mniemanie o sobie, zazdrość i poczucie krzywdy prowadzą do tego, że członkowie wspólnot, instytucji, mniejszych lub większych struktur kościelnych zamiast współpracować ze sobą dla dobra Kościoła i zjednoczenia wysiłków w głoszeniu Chrystusowej Ewangelii, pozostają ze sobą skłóceni z cała gamą uczuć z tym związanych, pozbawieni jednomyślności w myśleniu i działaniu, rozbijając taką strukturę od wewnątrz.
Czy jako chrześcijanin nie staję się czasami antyświadectwem miłości i pokory reprezentowanej przez Jezusa? Fałszywe oskarżenia, powtarzanie nieprawdziwych informacji, wyśmiewanie, krytykowanie, obmowy, poniżanie innych, stawianie drugiego człowieka w złym świetle, budowanie negatywnej opinii o drugim człowieku, bezmyślne uprzedzenia i wszelkiego rodzaju rasizm, czy nie są również częścią moich zachowań? Jak bardzo zżerają mnie moje niespełnione ambicje, oczekiwania, pragnienia? Czy potrafię się cieszyć ze spełnienia i sukcesów innych. Ile we mnie jest narzekania, wyciągania na światło dzienne błędów innych, oskarżania, braku zaufania do ludzi?


10. Bardzo częstą chorobą ludzi Kościoła jest choroba nazwana przez Papieża Franciszka jako „ubóstwianie przełożonych”. (W języku szkolnym nazywa się to „lizusostwem”).
Franciszek określa to jako: „choroba tych, którzy schlebiają przełożonym mając nadzieję na ich przychylność. Są ofiarami karierowiczostwa i oportunizmu, oddają cześć ludziom a nie Bogu (por. Mt 23,8-12). Są osobami, które widzą swoją służbę tylko jako możliwość uzyskania czegoś dla siebie a nie dania czegoś z siebie. Ludzie mali, nieszczęśliwi i zainspirowani tylko przez własny fatalny egoizm (por. Gal 5,16-25). Ta choroba może też dotknąć przełożonych kiedy schlebiają oni niektórym z ich współpracowników spodziewając się ich podporządkowania, lojalności i zależności psychicznej. Ale końcowym rezultatem jest prawdziwe współuzależnienie.”
Fałsz, obłuda, zakłamanie dla osiągnięcia swoich celów. Karierowiczostwo i pragnienie uzyskania jakichkolwiek przywilejów popychają do przyjmowania fałszywych postaw, masek, poniżania się.

Czy dla uzyskania jakichś korzyści przyjmuję podobne postawy? Rezygnacja z tego co myślę i czuję, fałszywe „adorowanie” innych, schlebianie, poniżanie siebie, zakłamana uprzejmość, brak asertywności... ?!


11.  Choroba obojętności wobec innych.
Zachodzi wtedy, kiedy każdy myśli tylko o sobie i gubi gdzieś po drodze szczerość i ciepło ludzkich relacji. Kiedy lepszy specjalista nie służy swoją wiedzą mniej doświadczonym kolegom. Kiedy zdobywa się wiedzę, ale się ją zatrzymuje tylko dla siebie zamiast dzielić się nią z innymi. Kiedy, przez zazdrość lub dla własnego zysku, czuje się radość widząc jak inny upada zamiast pomóc mu podnieść się i dodać mu odwagi.

12. Choroba pogrzebowej twarzy.
Chodzi o osoby gburowate i ponure, które uważają, że aby być poważnymi należy pomalować twarz melancholią, surowością i traktować innych - zwłaszcza tych uważanych za niżej stojących - w sposób sztywny, twardy i arogancki. W rzeczywistości, surowość teatralna i sterylny pesymizm często są symptomami lęku i niepewności siebie. Apostoł musi starać się aby być osobą grzeczną, pogodną, entuzjastyczną i radosną, która przekazuje radość gdziekolwiek się znajduje. Serce pełne Boga jest sercem szczęśliwym, które promieniuje i zaraża radością tych wszystkich, którzy są wokoło. To widać od razu! Nie traćmy więc tego radosnego ducha, pełnego humoru, a nawet autoironicznego, który czyni nas osobami sympatycznymi nawet w trudnych sytuacjach. Jak dobrze nam robi spora doza zdrowego poczucia humoru! Dobrze nam zrobi częste recytowanie modlitwy św. Tomasza Morusa. Ja się nią modlę każdego dnia i dobrze mi robi.


13. Inną chorobą nagminnie dotykającą ludzi Kościoła jest choroba gromadzenia.
„Wtedy, gdy apostoł próbuje wypełnić pustkę egzystencjalną w swoim sercu przez gromadzenie dóbr materialnych, nie z konieczności, ale tylko po to, by poczuć się zabezpieczonym. W rzeczywistości nic co materialne nie może być przez nas zabrane ponieważ "całun nie ma kieszeni" i wszystkie nasze ziemskie skarby - nawet te które są prezentami - nie potrafią nigdy wypełnić tej pustki, a nawet czynią ją jeszcze bardziej zachłanną i głęboką. Tym osobom Pan powtarza: "Ty mówisz: jestem bogaty, wzbogaciłem się, niczego nie potrzebuję. Ale nie wiesz, że jesteś nieszczęśliwy, nędzny, biedny, ślepy i goły… Bądź więc gorliwy i nawróć się" (por. Ap 3,17-19). Gromadzenie tylko obciąża i nieubłaganie spowalnia marsz! Przychodzi mi na myśl pewna anegdota. Mianowicie swego czasu jezuici hiszpańscy nazywali Towarzystwo Jezusowe "lekką kawalerią Kościoła". Pamiętam przeprowadzkę pewnego młodego jezuity, który, gdy załadowywał na ciężarówkę całą masę swoich rzeczy: bagaże, książki, przedmioty i prezenty, usłyszał jak pewien starszy jezuita, który go obserwował, powiedział, z mądrym uśmiechem,: to miałaby być ta "lekka kawaleria Kościoła"?!
Nasze przeprowadzki są znakiem tej choroby.”

Życie ponad stan, chciwość, skupienie na dobrach materialnych jest najczęstszym z powodów krytyki współczesnych ludzi Kościoła. W dobie różnego rodzaju kryzysów, zubożenia społeczeństw, problemów ze znalezieniem pracy, konfliktów wojennych, cierpienia wielu prześladowanych chrześcijan, Kościół powinien stać się przykładem dzielenia się i wsparcia dla tych, którzy z powodu różnorodnych przyczyn zostali zepchnięci na margines społeczeństwa, którzy są wyzyskiwani i upokarzani, którzy z trudem „wiążą koniec z końcem”, aby poprzez ciężką pracę i wyrzeczenia mogli zapewnić godne życie swoim rodzinom.

Czy potrafię dzielić się z innymi tym co posiadam: moimi dobrami, czasem, miłością? Czy jest we mnie wrażliwość na człowieka, który jest w potrzebie, zarówno materialnej jak i duchowej? Czy potrafię właściwie gospodarować posiadanymi dobrami?


14. Choroba zamkniętych kręgów. Tam przynależność do grupki staje się ważniejsza niż do Kościoła, a w niektórych sytuacjach, nawet do samego Chrystusa. Również ta choroba zaczyna się od dobrych intencji lecz z upływem czasu zniewala członków stając się "rakiem" zagrażającym harmonii Ciała i powoduje wiele zła - skandalów - zwłaszcza wobec naszych najmniejszych braci. Samozniszczenie lub "bratobójczy ostrzał" od swoich jest najbardziej podstępnym niebezpieczeństwem. Jest to zło, które uderza od środka a jak mówi Chrystus: "każde królestwo wewnętrznie skłócone obraca się e w ruinę" (por. Łk 11,17).


15. ostatnią z chorób wymienionych przez Papieża Franciszka jest choroba zysku doczesnego, ekshibicjonizmu.
Papież mówi: „Wtedy apostoł przekształca swoją służbę we władzę, a swoją władzę zamienia w towar służący do otrzymania zysku światowego i jeszcze większej władzy. Jest to choroba tych osób, które starają się, ciągle nienasycone, powiększać swoje wpływy i dla takiego celu są gotowe rzucać kalumnie, zniesławiać i dyskredytować innych, nawet w gazetach i czasopismach. Oczywiście po to, by pokazać się jako zdolniejsi od innych. Również ta choroba bardzo źle wpływa na Kościół ponieważ doprowadza ludzi do usprawiedliwiania użycia wszelkich środków pomocnych do osiągnięcia takiego celu. Przychodzi mi na myśl wspomnienie o pewnym kapłanie, który spotykał się z dziennikarzami, aby opowiadać im (i wymyślać) o prywatnych sprawach własnych oraz zarezerwowanych dla jego współbraci i parafian. Dla niego liczyło się tylko to, by był na pierwszych stronach, ponieważ wtedy czuł się "silny i przekonywujący". A sprokurował tyle zła dla innych i dla Kościoła. Biedaczek!”


(Źródło informacji: http://www.deon.pl/religia/serwis-papieski/dokumenty/przemowienia-papieskie/art,59,pelny-tekst-15-chorob-wg-franciszka,strona,1.html)

niedziela, 14 grudnia 2014

I co z tą wiarą? - Logika Krzyża

             Jednym z fałszywych i do dziś mocno i negatywnie wpływającym na wiarę obrazem Boga jest pojęcie Boga, który chciał śmierci Jezusa aby odkupić nasze grzechy. Fałszywe pojęcie na temat krzyża, woli Bożej, pokuty, zadośćuczynienia, pociąga totalne zamieszanie w wielu dziedzinach. Rozumienia Boga, jako tego, który posyła Swojego syna na śmierć, aby zapewnić nam zbawienie to nic innego jak hołdowanie idei ofiar z ludzi, zrównanie religii chrześcijańskiej z pogańskimi wierzeniami np. Czarnej Afryki, gdzie składano ofiary z ludzi na przebłaganie jakiegoś bóstwa za popełnione złe czyny jednostki lub grupy.

                Logika Krzyża Jezusa ma zupełnie inny wymiar. Wolą Boga, którą Jezus przyjął całą swoją istotą, uczynił swoim największym pragnieniem i wypełnił ją do końca, było nie to, aby Jezus był prześladowany, torturowany i ukrzyżowany, ale aby wypełnił misję przekazania człowiekowi woli Boga względem człowieka. Jezus przyjął ludzką naturę, aby ukazać prawdziwe oblicze Stwórcy, jako kochającego bezwarunkowo Ojca, miłosiernego i poszukującego nieustannie człowieka w jego zagubieniu, grzeszności i słabości ludzkiej natury.

                W żadnym momencie swojego życia Jezus nie szukał cierpienia, bólu, śmierci. Wręcz przeciwnie, modląc się przed swoją męką i śmiercią mówił do Ojca: „Ojcze, jeśli chcesz, odsuń ode mnie ten kielich. Ale niech się spełni nie moja wola, lecz Twoja". I ukazał Mu się anioł z nieba, aby Go umacniać. Popadłszy w agonię jeszcze żarliwiej się modlił. Jego pot stał się jak krople krwi spadające na ziemię.” (Łk 22. 42-44) – Jezus, wiedząc co go czeka odczuwał zwykły ludzki lęk, bał się tego cierpienia, ale do końca postanowił bronić prawdy, którą głosił. Miał możliwość wycofania się, uniknięcia męki i śmierci ale tego nie zrobił. Pozostał autentyczny, wiarygodny, wierny swojej misji do końca.

                Jak bardzo Jezus bał się nadchodzącej męki świadczy o tym krwawy pot. Medycyna zna takie przypadki. Fizjologiczne zjawisko krwawego potu wspominał już Arystoteles wymieniając je wśród kuriozów medycznych. W medycynie zjawisko to znane jest pod nazwą hematodrosis. Występuje ono w wypadkach, gdy do bardzo wielkiego lęku i cierpień posuniętych do ostatecznych granic dołączają się jeszcze nowe i organizm nie może już znieść bólu. W takich chwilach chory zazwyczaj traci świadomość. Podskórne naczyńka krwionośne pękają. Krew wydziela się razem z potem i to zazwyczaj na powierzchni całego ciała.

                Ktoś może zapytać dlaczego więc Bóg „nie chciał” wybawić Jezusa od tych cierpień? Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Jezus miał wolna wolę przyjąć lub odrzucić cierpienie ale wolna wolę mieli również ci, którzy Go na śmierć skazali. Wolną wolę miał Piłat, przywódcy religijni Izraela, lud, który krzyczał „ukrzyżuj go!”… Każda ingerencja Boga w tym momencie byłaby zaprzeczeniem ofiarowanej człowiekowi przez Boga wolnej woli i możliwości podejmowania decyzji.

                Często zarzucamy Bogu, że jest obojętny na ludzkie cierpienie. Używamy nawet tego argumentu jako dowód na nieistnienie Boga. Niejednokrotnie nieświadomie obwiniamy Boga za istniejące zło. Krąży w chrześcijaństwie idea Boga, który chce cierpienia, poświęcenia naszego życia, śmierci… Nic bardziej mylnego. Jezus na każdym kroku ze złem, cierpieniem a nawet śmiercią walczył, uzdrawiając, wypędzając złe duchy a nawet wskrzeszając zmarłych.

Cierpienie i zło stanowią część tego świata w którym żyjemy. Bóg nie chce ani jednego ani drugiego. Cierpienie jest nierozłącznie związane z kondycją ludzką ale nie jest ani dziełem ani wolą Boga. Może ono pochodzić od nas, od innych, od świata ale nigdy od Boga. W żadnym wypadku nie należy cierpienia szukać, jest ono złem. Należy chronić się przed bezużyteczny cierpieniem, aby nie stać się współwinnym ewentualnej autodestrukcji.

                Jezus był wrogiem zła i ludzkiego cierpienia. Na nikogo cierpienia nie zesłał ale również przed cierpieniem nie uciekł. Taka była logika Krzyża. – Jezus pokazał w jaki sposób krzyż z godnością przyjąć, pokazał jak cierpienie przyjąć kiedy jest ono nieuchronne.

                Bardzo dobrze logikę Krzyża opisuje w swojej książce „Droga wewnętrznego uzdrowienia” Simone Pacot. Często będę się do niej odwoływał, gdyż w sposób bardzo jasny i trzeźwy analizuje kwestie wiary chrześcijańskiej i ewangelizacji „serca” człowieka.

                Jezus przeżywał w pełni to, co miał przeżyć, głosił to co miał głosić, niczego nie łagodząc. Miłość i dobro spływały wszędzie tam, gdzie przechodził, Królestwo Boże spływało na każdego, kto się z Nim spotykał. Ale ataki faryzeuszy stawały się coraz bardziej gwałtowne, nauczanie Jezusa spotykało się z coraz to silniejszym oporem funkcjonującej struktury religijnej. Dopóki może ucieka przed prześladowaniami ale w pewnym momencie staje się to już niemożliwe. Proces i skazanie na śmierć stają się rzeczywistością. Jezus wolał tego uniknąć, nie nadstawiał głowy bezmyślnie ale misję swoją konsekwentnie wypełniał, stawił czoło sytuacji, doprowadził wszystko do końca. Nie wypiera się swojej nauki, na agresję nie odpowiada agresją, z podniesionym czołem staje naprzeciw swoich oprawców.

                Ks. Varillon napisał:

                „Posłuszeństwo Chrystusa wobec Ojca nie polega na wykonaniu jakiegoś rozkazu, jak nam się to kojarzy z wykonaniem rozkazu przełożonego. Nie można wyobrażać sobie Boga Ojca zwracającego się do Boga Syna: rozkazuję ci cierpieć i umrzeć w 33 roku życia. Gdyby chodziło o takie posłuszeństwo, zgodzilibyśmy się z wszystkimi kontestatorami, że trzeba je odrzucić.”

                Bóg jest z Jezusem, razem z nim walczy przeciw wszelkiej głupocie, nietolerancji, ambitnej i zaślepionej władzy. Wola Boża objawia się nie w fakcie męki i śmierci Jezusa ale w sposobie w jaki Jezus całe to wydarzenie przeżyje. Jezus przeżyje tą tragedię jako Syn Boży, ale nie oznacza to, że przejdzie przez nią jako „nadczłowiek”, wolny od ludzkich ograniczeń, od uczuć i emocji, które towarzyszyłyby każdemu człowiekowi w takim momencie.

                Jezus zachowuje się w obliczu cierpienia i śmierci jak istota ludzka, jest bezbronny, wrażliwy i zraniony. Przeżyje wielkie cierpienie fizyczne i duchowe, pozna co to zdrada, kłamstwo i samotność. Nie zostanie mu oszczędzone poczucie utraty pewników i wstrząs psychiczny. Nie uniknie również wątpliwości wewnętrznych. Ale nigdy nie dopuści do siebie odruchu buntu, narzekania, zwątpienia w swoją zbawczą misję. Umrze jako Syn Boży, skoncentrowany na swoim Ojcu, przebaczający nawet swoim oprawcom. Nie cierpi w żalu, zgryzocie, zgorzknieniu. Nawet w momencie śmierci myśli o innych: o swoich uczniach, Matce, złoczyńcy, który umiera obok Niego na krzyżu.

                Jezus uczy nas, jak przeżywać coś, co zostało nam narzucone, czego w żadnym wypadku sobie nie życzyliśmy. Wskazuje jak „nieść” swój krzyż zamiast go „znosić”. Jak podnieść soje nosze (J 5,8) zamiast na nich leżeć, jak nie zamykać się w jakiejś sytuacji, nadać sens wydarzeniu, które go nie ma, jak odnaleźć się w życiu.

                Taka jest logika Krzyża, logika miłości bezwarunkowej Boga do człowieka, tylko przez tak pojęty krzyż Jezus nas zbawia. To miłość do człowieka Go tam zaprowadziła. Krzyż przyjęty dobrowolnie i świadomie z miłości do każdego, bez wyjątku istnienia ludzkiego.
Jezus zbawia człowieka całym swoim życiem: narodzinami, codziennością w Nazarecie, głoszonym słowem, pozostawionymi wskazówkami na drogę wiary, wrażliwością na ludzkie cierpienie, nieustanną walka ze złem pod każdą postacią, swoim skazaniem i śmiercią, swoim zmartwychwstaniem . Zbawia nas przez sposób w jaki przeżył i wypełnił swoje zadanie jako Syn Boży.

                Simon Pacot słusznie zauważa:

           „Wszelkie błędne sposoby rozumienia pojęcia odkupienia, ekspiacji mogą skierować nas ku samozniszczeniu. Są one tym bardziej niebezpieczne, że kryją się pod pozorami postawy, którą uważamy za mistyczną.”


                Logika Krzyża to logika miłości do końca a nie rytualne zabójstwo Boga-Człowieka z woli Jego Ojca.

piątek, 12 grudnia 2014

Wiara w Boga - czym to się je?

               
                W Kościele istnieje określenie "wierzący ale nie praktykujący." - Rzeczywiście istnieje dosyć duża grupa chrześcijan, którzy twierdzą, że w Boga wierzą ale z praktykowaniem nazwijmy to "obowiązków" związanych z wyznawaną religią są "na bakier". - Widać to chociażby w Kościele Katolickim w czasie niedzielnej Eucharystii.

                Jest również inne powiedzenie, nie mniej prawdziwe choć o znaczeniu dokładnie odwrotnym. A mianowicie: "Praktykujący ale nie wierzący."  Intuicyjnie wyczuwam, że tych ludzi jest o wiele więcej w naszych świątyniach. Duża część "wiernych" przychodzi z przyzwyczajenia, ponieważ "zawsze chodziło się do kościoła." 
                Inni czują się przymuszeni przez środowisko, w którym żyją (idą na nabożeństwo dla świętego spokoju).  Młodzież, pod pręgierzem przygotowania do przyjęcia sakramentów z dzienniczkami w reku również pojawia się na ustalonych spotkaniach w "obrębie murów kościelnych". Utarło się już powiedzenie, że Sakrament Bierzmowania jest oficjalnym pożegnaniem z Kościołem.

                Jest również potężna grupa "dobrych katolików", wiernie uczestniczących we wszystkich praktykach religijnych, szczerze "wierząca w Boga" i gotowa bronić Kościoła i jego Pasterzy za wszelką cenę, ale których życie codzienne, pełne obmów, złośliwości, zazdrości, krytykanctwa, zatwardziałości serca, jest anty-świadectwem przynależności do Jezusa.   

    
               Wierzyć w Boga a wierzyć Bogu robi wielką różnicę. W Boga wierzy nawet szatan...

               Wiara „ w Boga” może pozostawać tylko na płaszczyźnie teorii, obejmować tylko intelektu człowieka. Natomiast wiara „Bogu” obejmuje całą osobowość człowieka, rodzi się w sercu. Jest całkowitym zaufaniem Jezusowi i wiernym (choć czasami miernym) życiem Ewangelią.
 Wiara „Bogu” domaga się praktycznych decyzji życiowych. Nie wchodzi w kompromis ze złem, nie jest grą pozorów. Tu się nie da oszukać, robić coś na "pół gwizdka", być sobie tak "trochę" wierzącym.

                Dla lepszego zrozumienia tej sprawy może nam posłużyć następujące opowiadanie:

              „ Było to 30 czerwca 1858 r. Był piękny poranek. Potężne kaskady wodospadu Niagara grzmiały o skały. Nad rzeką od brzegu do brzegu została przeciągnięta lina. Po tej linie sławny akrobata Charles Blondin przeszedł na drugi brzeg. Okrzyki zachwytu zgromadzonych widzów przebiły się przez szum huczących wód.

               Obróciwszy się ku widzom akrobata rzucił następującą propozycję: Oto jestem gotów przenieść na swoich barkach inną osobę, z jednego brzegu na drugi, po rozciągniętej linie.

               Lecz kto ma być tą osobą? 

                Akrobata zwrócił się do jednego z mężczyzn szczególnie wiwatującego na jego cześć:

               - Czy pan wierzy, że mógłbym przenieść na drugi brzeg innego człowieka?
               - Oczywiście, wierzę - padła natychmiastowa odpowiedź.

                Zatem proszę wsiadać na moje ramiona, przeniosę pana - powiedział akrobata.

                O nie, wolę nie narażać swego życia - odparł zagadnięty i szybko stamtąd odszedł. 

               Wtedy do akrobaty podszedł mały chłopiec, wsiadł na jego ramiona i został przeniesiony na drugi brzeg. Wszyscy bili entuzjastyczne brawa. Zapytali chłopca, skąd wziął tyle odwagi, dlaczego się nie bał. Chłopiec wskazał na akrobatę i powiedział:, bo ten pan to mój tata.



               Na tym przykładzie widać wyraźnie, co to oznacza wierzyć w Boga a wierzyć Bogu. 
Czym innym jest wyznawać wiarę słowami, a czym innym podjąć ryzyko zaufania. 
Tylko taka wiara, która potrafi zdobyć się na ryzyko zaufania, w pełni podoba się Bogu i rzeczywiście przekształca życie człowieka. 

czwartek, 4 grudnia 2014

                  





                 „Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki".

                                             Ewangelia wg Św. Mateusza 7, 21; 24-27


Dziś komentarz zapożyczony:

                  „Jezus w swoim nauczaniu mocno podkreśla, na czym polega prawdziwa mądrość człowieka. Nie jest ona tylko znajomością Prawa bądź powierzchowną relacją do Jezusa, lecz wiernym i pełnym zaangażowania wprowadzania słowa w czyn. Harmonia pomiędzy słuchaniem – mówieniem i czynieniem jawi się jako podstawa egzystencji mądrej i niezniszczalnej. Aktywizm, zaangażowanie w praktyki religijne i zewnętrzna pobożność choć na zewnątrz wydają się bardzo efektowne i krzykliwe, to jednak bez ich praktycznego zastosowania w życiu nie stanowią kryterium autentycznej i głębokiej wspólnoty z Jezusem. 

                   Można być codziennie w kościele, a jednocześnie być daleko od Mistrza z Nazaretu. Jezus ostrzega przed powierzchownością i ślepym aktywizmem. Nie wystarczą piękne słowa i nie wystarczy samo słuchanie, a nawet powoływanie się na związek z Jezusem jeśli nie jest to związane z autentycznym słuchaniem i mówieniem w celu realizowania Bożych zamysłów w konkretnych sytuacjach życiowych. Połączenie nauki o mądrości z dniem sądu wskazuje na wagę i znaczenie celu ludzkiej egzystencji. Życie, które gubi ze swej perspektywy cel jest budowaniem zabezpieczeń na doraźnych układach i doczesnych uwarunkowaniach. Takie budowanie można porównać do budowania na piasku, które w obliczu zmieniających się okoliczności zostaje zasypane pod popiołem konformizmu i egoizmu. 

                    Jezus ostrzega przed budowaniem domu życia na piasku pragnąc, aby budowla była wsparta na mocnym fundamencie Jego nauki. Tylko taka budowla w obliczu sądu uzyska wieczną trwałość i głębię we wspólnocie z Bogiem. Budować dom na skale oznacza w tym kontekście bezgraniczne zaufanie nauce Jezusa i na wprowadzaniu jej w życie niezależnie od aktualnie panujących mód i koniunktury. Uczeń Jezusa budujący swój dom na skale w sposób poważny traktuje swego Mistrza i odważnie – bez zważania na prześladowania i pogardę realizuje wolę Boga w swoim życiu. Uczeń budujący na skale chce w swoim życiu tego, czego chce Bóg i nie chce w swoim życiu tego, czego Bóg nie chce. Dzięki takiej postawie jego życie staje się piękną harmonią, w której uszy, usta i serce zjednoczone są w autentycznej Miłości Boga i drugiego człowieka.”

Ks. Mirosław S. Wróbel
Instytut Nauk Biblijnych
Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II


http://sfd.kuria.lublin.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=890&Itemid=38

niedziela, 30 listopada 2014

Adwent - czas narodzin życia

            „Życie jest szansą, schwyć ją. Życie jest radością, próbuj ją. Życie jest snem, uczyń je prawdą. Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim. Życie jest obowiązkiem, wypełnij go. Życie jest cenne, doceń je. Życie jest bogactwem, strzeż go. Życie jest miłością, ciesz się nią. Życie jest tajemnicą, odkryj ją. Życie jest obietnicą, spełnij ją. Życie jest hymnem, wyśpiewaj go. Życie jest walką, podejmij ją. Życie jest tragedią, pojmij ją. Życie jest przygodą, rzuć się w nią. Życie jest szczęściem, zasłuż na nie. Życie jest życiem, obroń je” – tak o życiu mówiła kiedyś Matka Teresa z Kalkuty.

                W świecie chrześcijańskim rozpoczyna się czas Adwentu. Samo słowo adwent pochodzi od łacińskiego „adventus”, co oznacza „przyjście” i wiąże się  nadejściem Zbawiciela. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przeżywany był on w atmosferze wyrzeczeń, powstrzymania się od wszelkiego rodzaju zabaw i przyjemności. Swoją wymowa bardziej przypominał czas Wielkiego Postu. Myśl wybiegała bardziej w stronę oczekiwania i przygotowania na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa oraz końca znanego nam świata. W późniejszych wiekach słowo Adwent zaczęło bardziej kojarzyć się z oczekiwaniem i duchowym przygotowaniem do pamiątki Narodzenia Chrystusa.

               
                Adwent zawsze kojarzył mi się z czasem ciszy wewnętrznej, poszukiwaniem pokoju w sercu i spotkaniem z sobą samym. To chyba klimat zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia sprawia, że instynktownie ale również na drodze wiary czuję szczególną obecność i bliskość Boga w osobie i Ewangelii Jezusa Chrystusa, bliskość Boga w drugim człowieku oraz w sobie samym. Każda dobra myśl, każdy gest szacunku i miłości względem drugiej osoby, ciepłe słowo, uśmiech, jest znakiem powiewu Ducha Świętego w sercu człowieka. Pochylenie się w zadumie pełnej akceptacji i zgody na swoje życie, dobre myśli dające nadzieję, cisza i pokój w sercu to oczekiwany owoc Adwentu.

                Chciałoby się powiedzieć, że Chrystus przychodzi do naszego serca na drodze Adwentowej ale On już tam jest, zawsze był tylko zasłonięty sprawami pozornie ważniejszymi, zabieganiem, hałasem zewnętrznym, sercem przywiązanym do przemijających świecidełek tego świata.  

                Czas się zatrzymać, dać Bogu czas, dać sobie czas, dać czasowi czas… Nie próbując wszystkiego zrozumieć, wszystkiego rozwiązać, wszystko zaplanować. W życiu nieustannie biegamy, gonimy koniec swojego ogona, zżera nas stres, wciąż chcemy więcej, wydaje nam się, że od nas wszystko zależy. A sprawy naprawdę ważne pozostają zaniedbane, zignorowane, osierocone…

                Potrzebny nam jest błogosławiony czas zatrzymania się w naszym życiu, nabrania do niego dystansu i spojrzenia na nie oczyma Boga. Z miłością, dobrocią ale również w  prawdzie. I odpowiedzieć sobie na pytania: kim jestem, dokąd zmierzam, jakie są moje priorytety w życiu i dokąd one mnie zaprowadzą. Ogromna mądrością życiową jest dostrzeganie konsekwencji w przyszłości moich obecnych zachowań, decyzji, wyborów…

                Adwent, to czas spotkania z Bogiem i samym sobą w pokorze. Pokora i miłość to dwa najważniejsze narzędzia na drodze jakiegokolwiek rozwoju. Pokora mądra i miłość mądra, które budują moje życie i życie tych, których na drodze swojej spotykam.

                Spotkanie z samym sobą jest podstawą na drodze rozwoju duchowego. Starożytni mnisi twierdzili, iż chcąc spotkać Boga w swoim życiu, najpierw trzeba spotkać siebie samego. Ten, kto jest obcy samemu sobie, kto nie zna siebie, kto stara się uciec od swojego prawdziwego, autentycznego „ja” z Boga czyni bożka, na którego przerzuca swoje frustracje, pragnienia, potrzeby. Bóg nie jest już odbiciem mojej „psyche” ale przywrócone Mu zostaje jego właściwe miejsce – Przewodnika przez życie, Nauczyciela, Celu, do którego zmierzamy, spełnienia raz ofiarowanego nam istnienia.

                Pierwszą Ewangelią rozważaną w czasie Adwentu jest zaproszenie do czuwania.

                „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!" (Ewangelia wg Św. Marka: 13,33-37)

                Czuwać, oznacza być przebudzonym, o jasnym i trzeźwym umyśle. Nieustannie weryfikując swoje życie, czy podąża ono właściwym torem. Analizować z uwagą swoje myśli, uczucia, pragnienia i wciąż powracać do pytań o siebie samego. Bez względu na to czy wierzę w Boga czy też nie, kiedyś przyjdzie i mi pozostawić to wszystko, co z takim trudem nazbierałem w życiu i odpowiedzieć Bogu na pytanie: ile w tym wszystkim było miłości a ile siebie samego, ile daru z siebie a ile egoizmu, ile budowania a ile destrukcji.

                Wejdź na drogę prostego życia – już teraz!

                W sytuacji, gdy człowiek nie pracuje nad sobą, nie wycisza umysłu – każda, nawet najmniejsza „katastrofa” w naszym życiu może nas bardzo mocno złamać, a skutki takiego załamania mogą ciągnąć się przez całe życie. W sytuacji, gdy umysł jest wyciszony i przychodzi jakieś niepowodzenie dużo szybciej wracamy do normalności. Nie trzymamy tego, potrafimy puścić. Potrzebna jest praktyka, praca nad sobą. Im silniejszy człowiek wewnątrz, tym mniej ma problemów, tym łatwiej z tych problemów wychodzi. Ale żeby tą siłę osiągnąć, trzeba włożyć jakąś pracę - nic nie ma za darmo.

                Musisz wziąć swoje życie we własne ręce, musisz żyć swoim życiem tak, aby stało się ono dla innych źródłem inspiracji, nadzieją na lepsze jutro, wiarą w sens życia. Niech nie ograniczają Cię więzy twoich wzorców myślowych, schematy zachowań wypracowane przez lata walki z samym sobą, cięgi zebrane od życia w przeszłości. – To z jednej strony jesteś ty, to twoje doświadczenie ale z drugiej strony nie jesteś tego niewolnikiem. Teraz zacznij żyć mądrością, która ukryta jest wgłębi ciebie, którą dał Ci Bóg.
               

                Jezus pozostawił gwarant szczęścia i najważniejsze prawo duchowego rozwoju:

                „Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, 35 a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: "Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?" On mu odpowiedział: "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy". (Ewangelia wg. Św. Mateusza: 22, 34-40)

                Źle postrzegamy miłość samego siebie…

                Możliwe, że jest to taka naleciałość religijna, wiele religii mówi „wszystko dla innych”. Ale żebym ja mógł dać, to ja sam muszę być w dobrej formie, muszę chcieć dawać - musze mieć otwarte serce. Jeżeli jestem zmęczony sobą samym, nie akceptuję swojego życia, to co ja mogę dać? Mogę zrobić herbatę i wyszorować podłogę... i to jest wszystko. Możemy dać innym dużo, dużo więcej - możemy dać swoje uczucia, uwagę, mądrość. Natomiast w takim zabieganiu codziennym nie ma na to czasu - na te najważniejsze rzeczy, na ten prawdziwy kontakt człowieka z człowiekiem: matki z dzieckiem, żony z mężem, przyjaciela z przyjacielem. Nie ma na to czasu, bo jest cały czas myślenie co zrobić, aby „mieć” a nie jak żyć aby „być”. Nie ma kontaktów międzyludzkich, czyli nie dajemy tak naprawdę wszystkiego, co mamy w sobie najlepsze. Dbamy o powierzchowność, o rzeczy co prawda nieraz ważne ale nie najważniejsze.


                Adwent to czas kontaktu ze swoją wewnętrzną siłą. Człowiek, który spoczywa w sobie i Bogu stoi twardo na ziemi, bez uporczywego trzymania się innych, ich oczekiwań, osądów, humorów… Jeśli masz kontakt ze swoją wewnętrzną siłą, nic nie może ci zagrozić, ludzie nie mają nad tobą władzy. Dzięki tej sile, uzyskanej przez spotkanie z Bogiem i sobą samym możesz stawić czoło wszelkim myślom i uczuciom, które mogłyby ściągnąć cię w dół. Piękne myśli to piękne uczucia, piękne uczucia to piękne czyny.