Kiedy Jezus przyszedł na ziemię, nie wybrał drogi
dyplomatycznej. Nie powiadomił o swoim przybyciu „wielkich” tego świata, nie
uprzedził możnych, nie dał znać kapłanom. Pominął hierarchię i instytucję
religijną, nie zwołał konferencji prasowej. Być może zdawał sobie sprawę, że ci
wszyscy tak bardzo zamknięci są w swoich pewnikach i przekonaniach, że
przeszliby obojętnie wobec tego wydarzenia, a co gorsze zgasili ducha
zbawczego.
A przecież Jezus bardzo chciał, aby o tym wiedziano. Ktoś miał
prawo dowiedzieć się jako pierwszy. Posłał więc swoich wysłanników do pasterzy,
którzy koczowali na polu strzegąc stada. W ówczesnym rozumowaniu pasterze byli
tymi, którzy na marginesie społeczeństwa, na marginesie religii. „Ludzie
pobożni” faryzeusze, ówczesne duchowieństwo, patrzyli na nich krzywo, uważano
ich za mało wykształconych, a więc nie znających Prawa. Nie znali Prawa, nie
żyli Prawem więc automatycznie skazani byli na potępienie. Tak rozumowała elita
religijna…
