środa, 3 grudnia 2014

Adwentowe zajawki - Empatia

               „Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela.

                Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby kto nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba żeby nakarmić takie mnóstwo?» Jezus zapytał ich: «Ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek». Polecił ludowi usiąść na ziemi; wziął te siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.”
                                                               Ewangelia wg Św. Mateusza 15, 29-37

                Ewangelia w czasie Adwentu zwraca uwagę na ludzki wymiar osoby Jezusa. Zawsze uważny na ludzkie potrzeby, pełen empatii, wrażliwości, ciepła, życzliwości. Nigdy nie przeszedł obojętnie wobec cierpienia, problemów i trosk spotkanego na swojej drodze człowieka. W takich liczebnie wielkich zgromadzeniach, jak to opisane w dzisiejszej Ewangelii każdy z przybyłych był traktowany jako osoba, indywidualnie a nie jako część tłumu. Przed Jezusem stawał konkretny człowiek, utrudzony życiem, poszukujący, zmęczony chorobą czy to duszy czy ciała, człowiek pełen dylematów, zmartwień, trosk o jutro… Jezus nie traktował tych ludzi jako potencjalnych klientów, słuchaczy, pacjentów. Był obecny dla wszystkich i dla każdego z osobna.

                Nie obce były mu również te przyziemne, naturalne, materialne potrzeby ludzi, którzy przychodzili do niego. Podchodził do człowieka całościowo, nie tylko od strony duchowej, ale również troszczył się o kondycję psychiczną i fizyczną swoich uczniów.

                Prowokuje Apostołów, każe im nakarmić kilkutysięczny tłum. Nie jest zaskoczeniem zdziwienie Apostołów. W jaki sposób maja zapewnić posiłek tak ogromnej liczbie ludzi? Apostołowie podeszli do tej sytuacji z czysto ludzką, matematyczną logiką. Jak podzielić kilka chlebów i ryb na kilka tysięcy części, tak aby wszyscy się najedli. – Jezus musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Uczniom Jezusa zabrakło po raz kolejny wiary, wiary w Mistrza, który już niejednokrotnie wcześniej pokazał im swoją moc, wiary w siebie, odwagi podjęcia wysiłku, ryzyka, wyjścia poza spokojne obszary swojego komfortu.  – Jezus im udowodnił, że wystarczy niewiele aby uszczęśliwić wielu. Potrzeba tylko otwartego serca, dobrej woli i pozbycia się własnego egocentryzmu.


                Niejednokrotnie skupiony jestem na sobie, na swoich sprawach, na swojej wygodzie… Nie zauważam potrzeb konkretnych ludzi żyjących obok mnie. Czasami mówię to nie moja sprawa, czasami jestem tak pochłonięty sobą, iż nie dostrzegam wołania o pomoc wokół mnie, nie wierzę we własne siły, możliwości, zasoby… Niekiedy wystarczy zupełnie niewiele, aby mój bliźni poczuł się dowartościowany, kochany, dostrzeżony… Wystarczy jedno słowo, jeden gest, jeden uśmiech.  Potrzeba odrobiny współczucia, empatii, poświęconego czasu… Tak niewiele, aby nakarmić spragnionego miłości, uwagi, szacunku człowieka.

wtorek, 2 grudnia 2014

Adwentowe zajawki - "Małe" nie znaczy brzydkie

                 „W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.”
                                                              Ewangelia wg Św. Łukasza:  10, 21-24

                Kiedyś słyszałem słowa jednego z psychoterapeutów, iż najtrudniej pracuje się z ludźmi wykształconymi i w ludzkim rozumieniu „mądrymi”. Mają oni gotową już odpowiedź na wszystko, bardzo sztywno wykreowane przekonania i „betonowy” światopogląd. Trudno dotrzeć do nich z jakimkolwiek nowym przesłaniem, a zwłaszcza tym wykraczającym poza rozumowe i logiczne myślenie. Wszystko musi być naukowo wyjaśnione, musi dać się zbadać i zmierzyć.

                Większy problem pojawia się wtedy, gdy w umyśle tworzone są przekonania szyte na miarę aktualnych potrzeb. Nieumiejętność poradzenia sobie ze swoimi problemami, słabościami, egoizmem prowadzi do powstania mechanizmów obronnych, świadomych lub nie, które mają na celu zabezpieczyć szacunek dla samego siebie, usprawiedliwić swoje postępowanie, przekierować uwagę z siebie na kogoś lub na coś.  – Bardzo mocno dziś widać to we współczesnym świecie, gdzie nieumiejętność życia wartościami i ogólnymi prawami życia, prowadzi do powstania alternatywnych ideologii, schematów myślowych, wzorców postępowania, które mają usprawiedliwić lub nadać formę normalności dewiacjom, zwyrodnieniom, nieuporządkowanym uczuciom. Łatwiej jest wykreować pozory normalności i nowoczesności niż uznać, że moje życie jest chore pod jakimś względem.
                Do tego wszystkiego dochodzi pycha, która blokuje serce i umysł. Blokuje jakikolwiek rozwój osobisty.


                „Maluczki” w rozumieniu Jezusa nie jest to człowiek: niewykształcony, biedny, bezbronny… Chociaż ci ludzie najczęściej są najbardziej otwarci na wiarę, przemianę i życie w prawdzie. „Maluczki” dla Jezusa jest mocarzem, potęgą, skałą człowieczeństwa. Ma serce i umysł otwarty, gotowy jest podejmować ryzyko wiary, wkracza odważnie na drogę rozwoju, umiejętnie buduje hierarchię wartości, umie słuchać, kwestionować swoje przekonania, jest poszukiwaczem i pielgrzymem, ciągle w ruchu. Życie dla niego wciąż przynosi coś nowego, nowe doświadczenia, wciąż na nowo odkrywa siebie i świat. „Maluczki”, to człowiek nadziei, miłości i wiary… Przekraczający wciąż na nowo bariery swojego umysłu, przekonań, swojego ego.  

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Adwentowe zajawki - Wierzący Poganin

                  Gdy wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: "Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi" Rzekł mu Jezus: "Przyjdę i uzdrowię go". Lecz setnik odpowiedział: "Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: "Idź!" - a idzie; drugiemu: "Chodź tu!" - a przychodzi; a słudze: "Zrób to!" - a robi". Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: "Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim.
( Ewangelia wg. Św. Mateusza:  8, 5-11)

                Ciekawa sytuacja. Do Jezusa przychodzi oficer rzymskiego wojska okupującego ziemie Izraela. Wróg przychodzi do swojej „ofiary” z prośbą o pomoc. Jak ogromna musiała być desperacja tego człowieka, aby zdecydować się na taki gest, jaka ogromna pokora i ryzyko. Musiał liczyć się z tym, że zostanie odrzucony i poniżony. Jednak miłość, empatia, wrażliwość skłoniły go do podjęcia tego ryzyka. Trudno też mówić o wierze Setnika w chrześcijańskim tego słowa rozumieniu. Z pewnością Jezus był dla niego miejscowym uzdrowicielem, bardzo efektywnym skoro zdecydował się na taki gest uniżenia. Mimo to, Jezus podkreśla jego wiarę, która była tak mocna, że w konsekwencji sługa otrzymał łaskę uzdrowienia.

niedziela, 30 listopada 2014

Adwent - czas narodzin życia

            „Życie jest szansą, schwyć ją. Życie jest radością, próbuj ją. Życie jest snem, uczyń je prawdą. Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim. Życie jest obowiązkiem, wypełnij go. Życie jest cenne, doceń je. Życie jest bogactwem, strzeż go. Życie jest miłością, ciesz się nią. Życie jest tajemnicą, odkryj ją. Życie jest obietnicą, spełnij ją. Życie jest hymnem, wyśpiewaj go. Życie jest walką, podejmij ją. Życie jest tragedią, pojmij ją. Życie jest przygodą, rzuć się w nią. Życie jest szczęściem, zasłuż na nie. Życie jest życiem, obroń je” – tak o życiu mówiła kiedyś Matka Teresa z Kalkuty.

                W świecie chrześcijańskim rozpoczyna się czas Adwentu. Samo słowo adwent pochodzi od łacińskiego „adventus”, co oznacza „przyjście” i wiąże się  nadejściem Zbawiciela. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przeżywany był on w atmosferze wyrzeczeń, powstrzymania się od wszelkiego rodzaju zabaw i przyjemności. Swoją wymowa bardziej przypominał czas Wielkiego Postu. Myśl wybiegała bardziej w stronę oczekiwania i przygotowania na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa oraz końca znanego nam świata. W późniejszych wiekach słowo Adwent zaczęło bardziej kojarzyć się z oczekiwaniem i duchowym przygotowaniem do pamiątki Narodzenia Chrystusa.

               
                Adwent zawsze kojarzył mi się z czasem ciszy wewnętrznej, poszukiwaniem pokoju w sercu i spotkaniem z sobą samym. To chyba klimat zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia sprawia, że instynktownie ale również na drodze wiary czuję szczególną obecność i bliskość Boga w osobie i Ewangelii Jezusa Chrystusa, bliskość Boga w drugim człowieku oraz w sobie samym. Każda dobra myśl, każdy gest szacunku i miłości względem drugiej osoby, ciepłe słowo, uśmiech, jest znakiem powiewu Ducha Świętego w sercu człowieka. Pochylenie się w zadumie pełnej akceptacji i zgody na swoje życie, dobre myśli dające nadzieję, cisza i pokój w sercu to oczekiwany owoc Adwentu.

                Chciałoby się powiedzieć, że Chrystus przychodzi do naszego serca na drodze Adwentowej ale On już tam jest, zawsze był tylko zasłonięty sprawami pozornie ważniejszymi, zabieganiem, hałasem zewnętrznym, sercem przywiązanym do przemijających świecidełek tego świata.  

                Czas się zatrzymać, dać Bogu czas, dać sobie czas, dać czasowi czas… Nie próbując wszystkiego zrozumieć, wszystkiego rozwiązać, wszystko zaplanować. W życiu nieustannie biegamy, gonimy koniec swojego ogona, zżera nas stres, wciąż chcemy więcej, wydaje nam się, że od nas wszystko zależy. A sprawy naprawdę ważne pozostają zaniedbane, zignorowane, osierocone…

                Potrzebny nam jest błogosławiony czas zatrzymania się w naszym życiu, nabrania do niego dystansu i spojrzenia na nie oczyma Boga. Z miłością, dobrocią ale również w  prawdzie. I odpowiedzieć sobie na pytania: kim jestem, dokąd zmierzam, jakie są moje priorytety w życiu i dokąd one mnie zaprowadzą. Ogromna mądrością życiową jest dostrzeganie konsekwencji w przyszłości moich obecnych zachowań, decyzji, wyborów…

                Adwent, to czas spotkania z Bogiem i samym sobą w pokorze. Pokora i miłość to dwa najważniejsze narzędzia na drodze jakiegokolwiek rozwoju. Pokora mądra i miłość mądra, które budują moje życie i życie tych, których na drodze swojej spotykam.

                Spotkanie z samym sobą jest podstawą na drodze rozwoju duchowego. Starożytni mnisi twierdzili, iż chcąc spotkać Boga w swoim życiu, najpierw trzeba spotkać siebie samego. Ten, kto jest obcy samemu sobie, kto nie zna siebie, kto stara się uciec od swojego prawdziwego, autentycznego „ja” z Boga czyni bożka, na którego przerzuca swoje frustracje, pragnienia, potrzeby. Bóg nie jest już odbiciem mojej „psyche” ale przywrócone Mu zostaje jego właściwe miejsce – Przewodnika przez życie, Nauczyciela, Celu, do którego zmierzamy, spełnienia raz ofiarowanego nam istnienia.

                Pierwszą Ewangelią rozważaną w czasie Adwentu jest zaproszenie do czuwania.

                „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!" (Ewangelia wg Św. Marka: 13,33-37)

                Czuwać, oznacza być przebudzonym, o jasnym i trzeźwym umyśle. Nieustannie weryfikując swoje życie, czy podąża ono właściwym torem. Analizować z uwagą swoje myśli, uczucia, pragnienia i wciąż powracać do pytań o siebie samego. Bez względu na to czy wierzę w Boga czy też nie, kiedyś przyjdzie i mi pozostawić to wszystko, co z takim trudem nazbierałem w życiu i odpowiedzieć Bogu na pytanie: ile w tym wszystkim było miłości a ile siebie samego, ile daru z siebie a ile egoizmu, ile budowania a ile destrukcji.

                Wejdź na drogę prostego życia – już teraz!

                W sytuacji, gdy człowiek nie pracuje nad sobą, nie wycisza umysłu – każda, nawet najmniejsza „katastrofa” w naszym życiu może nas bardzo mocno złamać, a skutki takiego załamania mogą ciągnąć się przez całe życie. W sytuacji, gdy umysł jest wyciszony i przychodzi jakieś niepowodzenie dużo szybciej wracamy do normalności. Nie trzymamy tego, potrafimy puścić. Potrzebna jest praktyka, praca nad sobą. Im silniejszy człowiek wewnątrz, tym mniej ma problemów, tym łatwiej z tych problemów wychodzi. Ale żeby tą siłę osiągnąć, trzeba włożyć jakąś pracę - nic nie ma za darmo.

                Musisz wziąć swoje życie we własne ręce, musisz żyć swoim życiem tak, aby stało się ono dla innych źródłem inspiracji, nadzieją na lepsze jutro, wiarą w sens życia. Niech nie ograniczają Cię więzy twoich wzorców myślowych, schematy zachowań wypracowane przez lata walki z samym sobą, cięgi zebrane od życia w przeszłości. – To z jednej strony jesteś ty, to twoje doświadczenie ale z drugiej strony nie jesteś tego niewolnikiem. Teraz zacznij żyć mądrością, która ukryta jest wgłębi ciebie, którą dał Ci Bóg.
               

                Jezus pozostawił gwarant szczęścia i najważniejsze prawo duchowego rozwoju:

                „Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, 35 a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: "Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?" On mu odpowiedział: "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy". (Ewangelia wg. Św. Mateusza: 22, 34-40)

                Źle postrzegamy miłość samego siebie…

                Możliwe, że jest to taka naleciałość religijna, wiele religii mówi „wszystko dla innych”. Ale żebym ja mógł dać, to ja sam muszę być w dobrej formie, muszę chcieć dawać - musze mieć otwarte serce. Jeżeli jestem zmęczony sobą samym, nie akceptuję swojego życia, to co ja mogę dać? Mogę zrobić herbatę i wyszorować podłogę... i to jest wszystko. Możemy dać innym dużo, dużo więcej - możemy dać swoje uczucia, uwagę, mądrość. Natomiast w takim zabieganiu codziennym nie ma na to czasu - na te najważniejsze rzeczy, na ten prawdziwy kontakt człowieka z człowiekiem: matki z dzieckiem, żony z mężem, przyjaciela z przyjacielem. Nie ma na to czasu, bo jest cały czas myślenie co zrobić, aby „mieć” a nie jak żyć aby „być”. Nie ma kontaktów międzyludzkich, czyli nie dajemy tak naprawdę wszystkiego, co mamy w sobie najlepsze. Dbamy o powierzchowność, o rzeczy co prawda nieraz ważne ale nie najważniejsze.


                Adwent to czas kontaktu ze swoją wewnętrzną siłą. Człowiek, który spoczywa w sobie i Bogu stoi twardo na ziemi, bez uporczywego trzymania się innych, ich oczekiwań, osądów, humorów… Jeśli masz kontakt ze swoją wewnętrzną siłą, nic nie może ci zagrozić, ludzie nie mają nad tobą władzy. Dzięki tej sile, uzyskanej przez spotkanie z Bogiem i sobą samym możesz stawić czoło wszelkim myślom i uczuciom, które mogłyby ściągnąć cię w dół. Piękne myśli to piękne uczucia, piękne uczucia to piękne czyny.

piątek, 28 listopada 2014

Jak zastosować prawo przyciągania

                       Realia codzienności dużej części społeczeństwa dalekie są od stylu życia gwiazd filmu, sportu czy ludzi wielkiego biznesu lansowanych w mediach. Najczęściej jest to rzeczywistość ciężkiej pracy, skromnych warunków życia i główkowanie, jak tu przeżyć do końca miesiąca. Dlatego też idea „prawa przyciągania” jest towarem bardzo atrakcyjnym, rozbudzającym nadzieję na poprawę dotychczasowego życia, bez względu na to czy chodzi tu o kwestie materialne, relacje z ludźmi czy realizację siebie samego. Wzbudza wiele emocji, nadziei, ekscytacji ale również, w efekcie końcowym, wiele frustracji i pogłębienia poczucia beznadziejności własnego losu. – Dlaczego tak się dzieje?

czwartek, 27 listopada 2014

Prawo Przyciągania - magia czy umiejętność



                Z pewnością dla kogoś, kto interesuje się kwestią pozytywnego myślenia, rozwoju osobistego, realizacją wyznaczonych celów, motywacją czy ogólnie mówiąc zmianą, w jakimkolwiek aspekcie swojego życia, nie obce będzie pojęcie „prawa przyciągania” oraz kultowy film „Sekret”.

                W Internecie bardzo dużo informacji można znaleźć na ten temat, wystarczy wpisać hasło: prawo przyciągania. Większość jednak portali poruszających ten temat przedstawia go jako magiczną formułę, którą wystarczy wcielić w życie, aby osiągnąć wymarzone rezultaty i zaspokoić aktualne potrzeby. Wielu autorów piszących na temat prawa przyciągania pławi się w „błotku” Ezoteryki, oferując (przepraszam jeśli kogoś urażę) naiwnym czytelnikom magiczne receptury „prawa przyciągania”, żerując i czasami nieźle zarabiając na naiwności, desperacji i realnych życiowych potrzebach ludzi.

                Sama idea „prawa przyciągania” jest jak najbardziej realna i urzeczywistnia się w naszym codziennym życiu, jednak jej rozumienie nie zawsze jest właściwie przedstawiane. Tak jak wspomniałem najczęściej sprowadza się do magicznego i życzeniowego myślenia.

                Do rzeczy! Kilka ogólnych spostrzeżeń.

wtorek, 25 listopada 2014

"Serce" - źródło mojego życia

             
            Uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzają do Jezusa kobietę, którą przyłapano na cudzołóstwie… - To co uczynił Jezus Kochani, to było „mistrzostwo świata” w podejściu do człowieka! – Z faryzeuszami i uczonymi w piśmie Jezus ani się nie kłóci, ani nie dyskutuje, ani nie próbuje dochodzić do tego czy mają oni rację czy nie, ale uderza w czuły punkt zmuszając ich do refleksji nad samymi sobą. Do spojrzenia na własne serca. Jezus uderza w ich serca, bo tam znajduje się prawda o człowieku: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”.

            „Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Wszystek lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał.
            Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, kobietę tę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?». Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.
            Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi.
            Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku.
            Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Niewiasto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?». A ona odrzekła: «Nikt, Panie!». Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz».” (Ewangelia wg Św. Jana 8, 1- 11)

             Serce jest najgłębszym wnętrzem człowieka. – Biblia bardzo szeroko rozumie pojęcie ludzkiego serca. To tu umiejscawia źródło życia duchowego, czyli: intelekt, wolę, uczucia, emocje, pragnienia – czyli to co najintymniejsze w człowieku. Sercu Pismo Święte przypisuje również różne postawy: pobożność, czystość, pokorę, wierność, wrażliwość, delikatność, ale też: głupotę, bezbożność, zatwardziałość, zakłamanie, pychę…

            Jezus sam osobiście podkreśla powagę i znaczenie ludzkiego serca. – Jak bardzo powinniśmy zwracać uwagę na to co w naszych sercach się dzieje. – Jezus mówi: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem ludzkiego serca pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym.”
            Jezus nie zatrzymuje się jednak na tym. Na swojej drodze, nigdy nie potępił żadnego spotkanego człowieka utrudzonego życiem i zranionego grzechami. Patrzył jeszcze głębiej w ludzkie serce, niż to co my sami możemy poznać, doświadczyć, zgłębić Wiedział, że ludzkie zachowania bardzo mocno uwarunkowane są tym, co głęboko ukryte jest w ich sercach.

            Wszyscy pragniemy być kochani, pragniemy bliskości innych osób, dowodów i potwierdzenia że jesteśmy dla kogoś ważni. Często to właśnie nadaje sens naszemu życiu, buduje poczucie naszej wartości, mobilizuje nas do działania, daje nam poczucie spełnienia.
            Podobnie jest z Bogiem. Bóg pragnie naszej bliskości, pragnie kochać nas miłością intensywną, gorącą, można by powiedzieć szaloną… takiej samej miłości oczekuje również od nas. Pragnie miłości z całego serca – tylko trzeba wiedzieć co w tym sercu jest.

            Wszyscy zostaliśmy w jakiś sposób zranieni, pokaleczeni. Każdemu z nas, na pewnym etapie życia zdarzyło się doświadczyć uczucia odrzucenia, opuszczenia, niesprawiedliwości, zdrady lub upokorzenia, kiedy zawstydzały nas czyjeś przykre słowa.

             Na słowo "zdradzony" składa się pięć wielkich zranień: zdrada, odrzucenie, opuszczenie, upokorzenie, niesprawiedliwość.
             Z pewnością każdemu z nas  zdarzyło się w życiu, że poczuliśmy się opuszczeni, odstawieni na boczny tor, odczuwaliśmy, że jesteśmy niczyi i nie mamy swojego miejsca. Mieliśmy wrażenie, że nie zasługujemy na to, co nas spotyka. Przeżyliśmy jakąś niesprawiedliwość, zostaliśmy okłamani, poniżeni w oczach innych. Być może obrażono nas kiedyś publicznie. – Bardzo często nawet tych momentów z życia już nie pamiętamy…
            Dziś te zranienia są przyczyną wielu naszych życiowych trudności: jest w nas dużo lęku, poczucia krzywdy, braku zaufania. Mamy problemy z budowaniem trwałych związków uczuciowych. Jesteśmy przewrażliwieni na opinie innych pod naszym adresem, jesteśmy zazdrośni, kłótliwi, drażliwi, zaborczy w relacjach z ludźmi. Brak nam radości życia, poczucia szczęścia i spełnienia. Ciągle to szczęście uzależniamy od czegoś albo kogoś… Odczuwamy pustkę w życiu, samotność, smutek, brak zrozumienia – rekompensujemy sobie to wszystko uciekając w nałogi, bulimię, sferę seksualną… To wszystko są skutki ran niesionych w sercu…

            Kiedyś poznałem młodego człowieka który miał problem z nadwagą. – Będąc dzieckiem, jego ojciec miał wygórowane ambicje sportowe wobec swojego syna. Chciał aby jego syn został piłkarzem. Niestety nadwaga nie pozwalała mu zrealizować oczekiwań ojca. Ojciec wciąż go poniżał, mówiąc mu przykre słowa związane z jego wyglądem fizycznym, wyzywał go od tłuściochów, powtarzał mu, że do niczego się nie nadaje i nic z niego nie będzie w życiu… Ten młody człowiek faktycznie nigdy nie ułożył sobie życia… Nie udało mu się stworzyć normalnego związku, uciekał w samotność, zaczął sięgać po alkohol aby tłumić ból życia… Ojciec swoimi słowami, brakiem miłości, brakiem akceptacji  syna takim jakim jest, zrujnował jego poczucie własnej wartości, szacunku do siebie, odebrał mu szansę na normalne życie. A ten młody człowiek nigdy sobie sam z tym nie poradził, tak głęboko utkwiła w nim ta rana. – To jest właśnie nasze serce, ta głębia, przepaść naszego serca, które tylko Bóg może uleczyć. To tam przede wszystkim musimy zaprosić Jezusa, przejść razem z Chrystusem przez tą ciemną dolinę pełną ran i bólu. Bo to tam jest źródło naszych uczuć, instynktów i namiętności: radości i bólu, odwagi i tchórzostwa, mocy i strachu, miłości i nienawiści.

            Pamiętacie tsunami jakie miało miejsce kilka lat temu w Azji! Obsunęła się wówczas na oceanie płyta tektoniczna. Nikt tego nie widział, nikt nie słyszał bo było to głęboko pod wodą ale powstała fala, która tysiąc kilometrów dalej zabiła setki tysięcy ludzi. -  Często tak jest, że w moim sercu obsuwa się taka płyta tektoniczna z dzieciństwa. Mogło mi się coś przypomnieć, skojarzyć, zobaczyłem coś i sam nie wiem dlaczego wywołało to u mnie smutek, łzy cisną się do oczu, mam wszystkiego dość… - To jest właśnie moje serce. Serce, to moje najgłębsze „ja”. To tutaj powstają decyzje: smuć się, nienawidź, pokochaj, złość się… Umysł ma tylko to wszystko uzasadnić. To w sercu znajduje się ta potężna siła, która kieruje naszym życiem!!!

                        Panowie! Nie raz musimy wstać do pracy o godzinie 6.00 rano albo i wcześniej. Kombinujemy, przestawiamy budzik żeby jeszcze te kilka minut zostać w ciepłym łóżku… Ale w sobotę, jak trzeba z kumplami pojechać na ryby, to już o 3 rano jesteśmy gotowi. Deszcz, wiatr, zimno, ciemno…Nic nam nie przeszkadza! – To jest właśnie serce. Jak czegoś chcesz, jak czegoś pragniesz, nie ma takiej siły, która by cię powstrzymała. – Bo właśnie w sercu ukryte są najgłębsze pragnienia, marzenia, potrzeby…

            Dlaczego w tylu w tylu związkach jest tak dużo zazdrości, zaborczości, braku zaufania?  Dlatego że są ludzie, których nigdy nie nauczono kochać. Jako dzieci musieli żebrać o miłość rodziców, szukać miłości, zasługiwać sobie na nią. Nigdy nie otrzymali miłości bezwarunkowej…

            Zdrada nie zaczyna się w momencie kiedy z koleżanką z biura lub z zapoznaną panią w Ciechocinku ląduje się w łóżku. Zdrada zaczyna się o wiele wcześniej: niewinne żarty, flirty, zdjęcia w Internecie… Niektórzy mężczyźni mówią, że szukali związku pozamałżeńskiego ponieważ żona już nie jest tą samą kobietą którą poznali, wrażliwą i czułą… Stąd ta koleżanka, młodsza, czuła, zabawna… Nie drodzy panowie! – To twoje poranione serce się odzywa. Jako dziecku, małemu chłopcu nikt nie dał ci poczucia twojej wartości, męskości. Tato ciężko harował na chleb, ciągle nie było go w domu, a może pił i poniżał cię… Dziś szukasz potwierdzenia twojej męskości u innych kobiet.

            Jezus nie krzyczał na placach: nawracajcie się, porzućcie swoje grzeszne uczynki, zmieńcie postępowanie… ale przyszedł leczyć serca ludzkie. Przyszedł spotkać się z człowiekiem udręczonym, poranionym w swoim sercu. Dlatego nigdy nikogo nie potępił bo wiedział że za każdym grzechem, za każdą zdradą, za każdą agresja jaka Go spotkała stało poranione serce człowieka.

            Jezus Chrystus wpierw zmienia serce człowieka. Przychodzi by zapalić światło ale my tak bardzo umiłowaliśmy ciemność. Boimy się często tak naprawdę zaprosić Jezusa do naszych serc ponieważ obawiamy się że zapali światło, że ujrzymy stos pokrwawionych bandaży, niezabliźnionych ran, które wciąż krwawią. Boimy się zobaczyć siebie samych poranionych, odrzuconych, niekochanych… Siebie samych pełnych lęku, niepewności, stęsknionych za miłością bezwarunkową…

            Ktoś kiedyś powiedział: Chcesz poznać siebie? Wejdź na chwilę do pustego kościoła, zostań na chwilę w ciszy i zobacz co cię boli, co czujesz w sercu… W ciszy, kiedy jesteś sam ze sobą wychodzi prawda o tobie.

             Będąc na ulicy, w autobusie, w tramwaju, popatrzcie na ludzi: ile osób cały czas ma komórkę w ręce, bawiąc się nią, dzwoniąc, sprawdzając Internet. Il ludzi zwłaszcza młodych przemieszczając się po ulicach ma założone na uszach słuchawki… W naszych domach non stop włączony jest telewizor, radio, komputer… Dlaczego? Boimy się zostać w sam na sam z sobą w ciszy, bo wtedy zaczyna mówić serce i wychodzi nasza samotność, cierpienie, smutek, który w nas tkwi, poczucie opuszczenia, porzucenia, wychodzi brak poczucia własnej wartości, niezgoda na siebie, na swoje życie…

            Wszystkie te zranienia, które niesiemy w naszych sercach a które tak mocno wpływają dziś na nasze życie, zachowania i podejmowane przez nas wybory, nie są jakimś fatum które determinuje nasze życie na zawsze. Wszystko to co nas dzisiaj boli: samotność, opuszczenie, strach, cierpienie… z niesamowitą potęga wszystko to rzuciło się na Chrystusa na Golgocie i właśnie tam, Chrystus stoczył bitwę z tymi demonami naszego życia. Wszystko to utopił w swojej miłości. – Dziś z Chrystusem musimy zejść na dno naszego serca, odkryć te rany, oczyścić je i obandażować świeżutkim bandażem miłości. Musimy wraz z Jezusem przytulić to nasze życie, takim jakim ono jest!

            Z Chrystusa płynie Potęga, moc i siła do przemiany serca, a tym samym otwiera się nam perspektywa nowego życia, wolnego od zakłamania, egoizmu, użalania się nad sobą, obwiniania innych za nasze trudności, porażki i niezadowolenie z życia. – Grzech moi drodzy z pewnością będzie się wlókł za nami przez całe życie, ale nie oznacza to, że w oczach Boga przestajemy być piękni, kochani i wartościowi. Nasze piękno pochodzi od Jezusa Chrystusa, który przyjął nasz grzech na siebie i zabrał go ze sobą na drzewo krzyża.

            Ten proces odkrywania swojego serca nie jest bezbolesny, wiąże się z pewnego rodzaju cierpieniem i zobaczeniem prawdy o sobie, być może również ze wstydem i poczuciem winy ale chcąc przemiany naszego serca a co za tym idzie naszego życia musimy oczyścić ropiejące rany, usunąć to co gnije od 20, 30, 50 lat, aby serce stało się zdrowe, aby nasze życie nabrało blasku i sensu. – Pytanie brzmi: Czy Ty tego chcesz? Wielu z nas odpowiedziałoby od razu: „Tak, bardzo tego chcę!” – Ale czy na pewno? – Tak bardzo tego chcę ale: nie mówmy o tej sprawie, nie poruszajmy tego tematu, o tym wydarzeniu chcę zapomnieć… Tak się nie da!

            Bardzo wymownym obrazem jest tu ewangeliczne uzdrowienie człowieka z uschłą ręką: Człowiek ten musiał stanąć przed Jezusem i przed innymi ludźmi zebranymi wokół, musiał wyciągnąć tego uschłego kikuta, obnażyć swoje kalectwo, musiał sam zobaczyć ta uschłą rękę… Podobnie jest z moim sercem, muszę te moje rany obnażyć, zobaczyć je, pokazać je Chrystusowi, dopiero wtedy przychodzi uzdrowienie… - To nie zdrada Cię boli, to nie alkoholizm Cię boli, to nie twoja złośliwość, kłótliwość czy ciągłe rozdrażnienie cię boli ale krzywda, odrzucenie, samotność, poniżenie, brak miłości i wiele innych ran jakich doznałeś/doznałaś wiele lat temu. Wtedy nie umieliśmy się bronić, przyjęliśmy ciosy nie rozumiejąc dlaczego. Dziś jako dorośli możemy z Chrystusem zobaczyć te rany, pojednać się z przeszłością i przytulić mocno to nasze życie.


            Wszystko to co nas boli Jezus zabrał ze sobą na krzyż ale i tak na końcu krzyż został pusty, grób został pusty… Bo Jezus jest żywy, zmartwychwstał a my razem z nim. I to nie kiedyś tam, w życiu wiecznym ale tu i teraz.